"Skrytobójcy" - Rozdział 1
Ø Republika Genoweńska – rok 935 drugiej ery*
Voleri
ukrył się za stertą drewnianych skrzyń w bocznej uliczce. Rozejrzał się, a kiedy
był już pewien, że nikt go nie obserwuje, ostrożnie wyciągnął spod potarganego
płaszcza bochenek świeżo upieczonego chleba, który przed chwilą udało mu się
ukraść. Coś tak smacznego było dla niego rzadkim luksusem. Najczęściej zjadał
resztki, pozostałe z karczemnych posiłków lub porzucone na ulicy. Jedyną okazją
by zjeść coś naprawdę smacznego była dla niego kradzież.
Miał już w tym pewne
doświadczenie. Początkowo większość prób kończyła się dla niego przyłapaniem i
porządnym laniem, choć na szczęście żaden z okradzionych ludzi nie doniósł na
niego Władzom… wtedy spotkałaby go surowa kara. Kolejne kradzieże były jednak coraz
bardziej udane, Voleri nabierał doświadczenia, rozważniej dobierał cele. Miał
talent do wtapiania się w tłum, nauczył się wykorzystywać drobne zamieszania,
nieodłączne w mieście takim jak Genowesa. Teraz nie pamiętał już, kiedy po raz
ostatni komukolwiek udało się przyłapać go na kradzieży.
Skończył
jeść. Jeszcze chwilę siedział skulony w zaułku. Często tutaj przychodził. To
była spokojna dzielnica, a z tej uliczki, osłoniętej przed wzrokiem przechodniów,
mało kto go przepędzał. Nagle chłopiec usłyszał głosy. Grupka ludzi opuściła
główną ulicę i powoli zbliżała się do jego kryjówki. Voleri podniósł się i
zwinnie zniknął w kolejnym zaułku.
Gdyby
tego nie zrobił, tamci by go zobaczyli, a wtedy nie omieszkaliby przepędzić
chłopca, nie szczędząc mu uszczypliwych uwag oraz kopniaków. Voleri zdążył już
doświadczyć takiego traktowania. Nie wiedział dlaczego, ale nikt nie miał
litości dla bezdomnego ośmiolatka.
Niemal
nie pamiętał już co to znaczyło nie być samotnym. Od dnia, gdy zmarła jego
matka minęło niewiele mniej niż dwa lata. Wcześniej oboje mieszkali w małej
izbie przyległej do karczmy, w której kobieta zarabiała na życie jako szynkarka.
Voleri niewiele pamiętał z tamtego okresu. Zresztą nie wydawał mu się on wiele
lepszy od obecnego życia. Zajmowana izba pełna była robactwa, a w deszczowe
dni, przez dziurawy dach do wnętrza wlewały się strumienie zimnej wody. Voleri nawet
wtedy większość czasu poświęcał na żebranie. Jego matka nieustannie powtarzała
mu, że musi nauczyć się na siebie zarabiać. Poza tym, bardzo rzadko poświęcała
mu swoją uwagę. Zdarzały się dni, kiedy z nieznanego Voleriemu powodu, kobieta
próbowała uczyć go czegoś co nazywała „podstawową wiedzą”. Chłopiec nie
wiedział w jaki sposób miała mu ona pomóc w żebraniu, ale wiedział, że lepiej podporządkować
się matce. Poza tym, niemal jedynymi chwilami, gdy kobieta zwracała na niego
uwagę, były te w których obwiniała go o odejście jego ojca. Mężczyzna podobno
porzucił rodzinę tuż po narodzinach syna. Było to jedyne, co Voleri o nim
wiedział. Nigdy nie potrafił zrozumieć, jak mógł zmusić do odejścia kogoś, kogo
nawet nie znał.
Pewnego
dnia matka Voleriego nie wróciła z pracy. Następnego ranka do ich izby wparował
karczmarz. Nawrzeszczał na chłopca, kazał mu zabierać swoje rzeczy i się
wynosić. Jak się okazało, kobieta została zabita podczas bójki. Od tamtego dnia
chłopiec zdany był wyłącznie na siebie.
***
Voleri przemierzał zatłoczone ulice. Otaczał
go codzienny miejski harmider, ludzie wokół spieszyli w sobie tylko znanych
sprawach. Chłopca spowijała zewsząd feeria różnorodnych barw, dźwięków i
zapachów. Sprzedawcy, głośno zachwalali swoje towary, klienci wykłócali się o
ceny, ludzie zaciekle komentowali najnowsze wydarzenia. Z piekarni dolatywał
zapach świeżego pieczywa, na pobliskim straganie kupiec sprzedawał egzotyczne
przyprawy o ostrej woni. Z bocznych uliczek czuć było zapach ekskrementów i
rozkładających się odpadków. Nad głowami ludzi górowały wysokie kamienice z
jasnobrązowej cegły, pogrążające uliczki w przyjemnym cieniu. W niektórych
miejscach w niebo strzelały monumentalne wieże. Dalej główna ulica wychodziła
na zatłoczony rynek, nad którym górowała fasada Pałacu Sędziów, wybudowana z
ciemnoczerwonej cegły i zdobiona gdzieniegdzie jasnym marmurem. Po wschodniej
stronie budynku w niebo strzelała smukła, wysoka wieża. Nad zachodnią częścią
miasta wznosiła się masywna, skrząca się białym marmurem Katedra Genoweńska. Jej
prezbiterium wieńczyła olbrzymia kopuła, której brązowa barwa kontrastowała z jasną
elewacją reszty świątyni. Nawę główną otaczały kaplice, fundowane przez
najbogatszych obywateli. Do głównych wrót Katedry prowadziły szerokie, wykonane
z jasnoszarego kamienia schody, wiecznie zatłoczone, podobnie jak całe miasto. Każdego
dnia na jego ulicach panowała wrzawa, a w całym zamieszaniu cicho przemykali
złodzieje, niepostrzeżenie czyniąc uboższymi tych, którzy nie dość uważnie
pilnowali swoich sakiewek. Tak wyglądała Republika Genoweńska, miasto-państwo, dom
Voleriego.
Chłopiec przeciskał się przez tłum,
czujnie lustrując wzrokiem mijanych ludzi, w poszukiwaniu kogoś łatwego do
ograbienia. Właśnie zdecydował się okraść postawną arystokratkę, która głośno
wykłócała się o cenę jakichś egzotycznych owoców, gdy coś odwróciło jego uwagę.
***
Voleri
zamieszkał w rezydencji Bacariego. Dostał nawet swój własny pokój, co wydało mu
się szczytem luksusu. Początkowo czuł się przytłoczony ilością wolnego miejsca.
Był przyzwyczajony do ciasnoty izby, którą dzielił z matką i tłumów na genoweńskich
ulicach. Miejsce w którym teraz mieszkał wydawało mu się nietypowo przestronne
i puste.
Posiadłość
di Fermarsich była szeroką, dwupiętrową kamienicą z dużym dziedzińcem. Choć,
jak dowiedział się Voleri, ród jego mentora miał lata świetności już za sobą, rezydencja
utrzymana była w doskonałym stanie. Na stałe mieszkały w niej jednak tylko cztery
osoby: Bacari, jego uczeń oraz dwoje służących. Większość pokoi była pusta i
zakurzona, co zwiększało jeszcze wrażenie pustki.
Jednakże
znacznie dziwniejsze od tego okazały się dla Voleriego posiłki. Choć nie były
wykwintne, w porównaniu z tym do czego chłopiec przywyknął, wydawały się
prawdziwymi rarytasami. Co najważniejsze jednak, Voleri po raz pierwszy mógł najeść
się do syta.
Początkowo
nowe życie wydawało mu się chłopcu zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Każdego
ranka spodziewał się, że gdy otworzy oczy zobaczy wokół siebie jedynie ciemny, genoweński
zaułek, a to co wydawało mu się miękkim materacem okaże się stertą wyrzuconych
szmat. Dopiero po kilku tygodniach zrozumiał, że jego życie naprawdę się zmieniło.
Pierwsze dwa lata od poznania Bacariego
upłynęły Voleriemu na nauce czytania i pisania oraz odebraniu podstawowej
edukacji. Mimo ciężkiej pracy i poświęcania większości swego czasu na naukę,
chłopcu nie udało się w dwa lata zdobyć całej wiedzy, którą posiedli inni
uczniowie. Choć praktyczne szkolenie na skrytobójcę rozpoczął regulaminowo, w
wieku dziesięciu lat, równie ważne i wymagane lekcje geografii, anatomii,
języków oraz znajomości trucizn mógł zacząć odbierać dopiero rok później.
Voleri
nie spodziewał się, że trening na skrytobójcę okaże się tak pracochłonny.
Każdego dnia Bacari uczył go wtapiania się
w tłum, skradania i orientacji w terenie. Voleri trenował również władanie regulaminową
bronią skrytobójców: garotą i nożami, jak również strzelanie z kuszy i walkę
wręcz. Ćwiczył zwinność i szybkość reakcji. Szkolenie było męczące, jednak sprawiało
mu przyjemność. Dużo gorzej radził sobie na lekcjach anatomii oraz trucizn. Nie
był dobry w zapamiętywaniu niezliczonych nazw, a nauka teorii go nudziła.
Praktycznie
nie miał przyjaciół. Choć uczniowie często mieli okazje do spotkań Voleri trzymał
się na uboczu. Był pewien, że nie zostanie zaakceptowany przez bogatych, dobrze
wykształconych i towarzyskich rówieśników. Czuł, że jeżeli spróbuje zaprzyjaźnić
się z kimkolwiek, pochodzący z bogatych rodzin chłopcy nie omieszkają
wykorzystać okazji by go poniżyć.
Jedyną
osobą z którą Voleri nawiązał jakąkolwiek więź był Bacari. W oczach chłopca
stał się kimś wyjątkowym, jedynym człowiekiem, który go nie poniżał, a wręcz mu
pomógł. Chłopiec ze wszystkich sił starał się zasłużyć na uznanie dumnego
skrytobójcy. Był pewien, że Bacari zawsze wie co robi, zna odpowiedź na każde
pytanie, rozwiązanie każdego problemu. Co do tego, że jego mentor jest
nieomylny i niepokonany chłopiec nie miał żadnych wątpliwości.
Chwyciłam z czystej ciekawości chcąc zobaczyć twórczość początkującej pisarki.
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam wstęp do fanfiku, ale i tak niewiele do mnie dotarło, więc będę traktować jak zwykłe opowiadanie, które ma korzenie w jakiejś nieznanej mi serii.
Nie jestem specjalistą w pisaniu, sama piszę dopiero od kilku miesięcy i również staram się do tego podchodzić jak najbardziej poważnie. Co jak co, jakąś wiedzę w tym czasie posiadłam, jakiejś części nie, nie ważne.
Rozumiem, że jakieś informacje są podane w pierwowzorze i nie jest to opowiadanie tworzone od zera, naturalnym więc jest, że historie życia postaci i część innych rzeczy są skrócone.
Ciekawie zapowiadająca się historia typu "od zera do bohatera".
Ogólny zarys miasta może trochę zbyt skondensowany, widzę, że chcesz przedstawić swoją wizję. Trochę mi nie pasuje, to że opisujesz wszystko z zewnątrz i nagle wpadasz z wnętrzem świątyni. Jeśli nie jest ono istotne to po prostu nie stosuj tego opisu, a jeśli już chcesz to osadź w nim jakąś akcję/wątek - wtedy wypadałoby trochę zarysować, ale skoro opisujesz miasto ogółem, nie ma potrzeby wchodzić w takie szczegóły.
Masz scenę gdzie chłopiec widzi mężczyznę w purpurowym płaszczu i domyśla się, że ten jest skrytobójcą, a ludzie z jego profesji są bogaci. Nie wiem skąd chłopak to wiedział, możliwe, że to wiedza ogólna, ale czy purpurowe płaszcze są zarezerwowane wyłącznie dla skrytobójców? I czy to nie jest zbyt niedyskretne? Czy skrytobójcy byli zawodem takim jak piekarz czy kowal i dumnie się prezentowali? (tutaj nie mam pewności, nie czytałam "Zwiadowców")
Druga rzecz do tego wątku - facet w purpurze -> chłopiec myśli - skrytobójca. Później masz zdanie: "Pomyślał o tym, że mężczyzna, który przed nim stoi jest skrytobójcą."
Ta nutka drwiny kojarzy mi się ze Snapem :)
"[...] chcesz mieć jeszcze sztylet… w sercu." - ten wielokropek - niepotrzebny dramatyzm.
Opis mężczyzny jest zbyt szczegółowy jak na sytuację, w której chłopiec się boi. Wystarczyłoby wydobyć jakąś najbardziej rzucającą się w oczy cechę. Nikt w chwili strachu nie analizuje rysów twarzy czy postury. Przed czym chłopiec miał poczuć lęk? Przed tym, że facet miał trzydzieści parę lat? O wieku można było wspomnieć, gdy chłopiec zaczął uczęszczać na nauki.
Dlaczego jakiś gościu z zadartym nosem nagle zainteresował się byle dzieciakiem? Kraść i wtapiać się w tłum potrafi każdy lepszy kieszonkowiec. Chyba, że skrytobójcy prowadzili rekrutację typu: "Dobra, ten ziomek może być, całkiem nieźle podcina sakiewki", bo chcą jakoś podtrzymać wymierającą profesję. Być może się czepiam, ale bardziej wiarygodnie by wyglądało, gdyby ten mężczyzna zobaczył jak dzieciak ucieka ze skradzionym chlebem, skacze po dachach jak Ezio czy coś w tym rodzaju:) Po prostu, żeby pokazał jakieś bardziej niezwykłe zdolności niż standardowa kradzież małego worka z hajsem.
"Przytłoczony ilością wolnego miejsca." - trochę nie rozumiem w jaki sposób przestronność może przytłaczać. Można czuć się dziwnie, inaczej, ale żeby być przytłoczonym? Chyba, że chłopcu przestrzeń sprawiała dyskomfort, że nie czuł się godzien przebywać w apartamencie.
Masz rezydencję utrzymaną w doskonałym stanie, ale większość pokoi jest zakurzona. Możliwe, że chodziło o to, że kamienica się nie rozpada, a kwestia czystości to inna sprawa.
Pomyślałam, że napiszę co mi nie w tym rozdziale nie grało. Nie chciałam jechać po tekście, poczyniłam jedynie swoje osobiste uwagi. Tak od siebie dodam, że fabuła może nabrać intensywniejszych barw, gdy zastosuje się rozwiązania nieoczywiste. Takie, na które sama byś się zdziwiła, że w ogóle wpadłaś.
Jak pisałam, wszelkie uzasadnione uwagi są dla mnie cenne, dziękuję za komentarz :).
UsuńMoje opisy rzeczywiscie mogą być zbyt szczegółowe. Ogólnie mam tendencję do przesadzania z nimi, choć obecnie staram się ograniczać te mniej konieczne.
Co do płaszcza – tak to strój szczególny, przypisany skrytobójcom genoweńskim w samej serii. W tej kwestii chciałam trzymać się kanonu, szczególnie, że utrwaliłam już sobie taki wizerunek tych skrytobójców.
Co do motywacji Bacariego, faktycznie były nieco naciągane i dostosowane do pomysłu na opowiadanie. Z drugiej strony nie chciałam dawać Voleriemu zbyt nietypowych umiejętności, żeby nie wyszedł na nienaturalnie uzdolnionego.