"Skrytobójcy" - Rozdział 6
Ø Królestwo
Araluenu – rok 947 drugiej ery
Okazja by dokonać
zemsty nadeszła szybciej niż się spodziewał. Hierarchia otrzymała zlecenie
zabicia pewnej Araluenki, z okolic hrabstwa Redmont. Właśnie tam mieszkał też Treaty.
Voleri od razu zgłosił się do podęcia tej misji. Zdecydował się zaatakować zwiadowcę
z zaskoczenia, w jego własnym domu, najlepiej we śnie. Planował ukryć się w
chatce, w czasie kiedy Treaty będzie w mieście.
Dzień
wybrany na dokonanie zemsty był ciepły i słoneczny. Panowała wczesna jesień. Voleri
ukrył się w pewnej odległości od chatki zwiadowcy, w zaroślach, z których miał
dobry widok na wejście.
Wreszcie
drzwi otworzyły się i wyszedł przez nie drobny mężczyzna w charakterystycznym
szaro-zielonym płaszczu. Raźnym krokiem ruszył do stajni. Po chwili wyprowadził
z niej niskiego konia, dosiadł go i odjechał ścieżką w kierunku miasta.
Skrytobójca
czekał jeszcze jakiś czas w ukryciu, na wypadek gdyby Treaty wrócił szybciej. Kiedy
Voleri upewnił się, że zwiadowca odjechał na dłużej, ostrożnie podszedł do
werandy. Nie mógł ryzykować wejścia na podwyższenie po schodkach – na ścieżce
odciski butów byłyby aż nazbyt widoczne. Wspiął się na werandę od strony
przeciwnej do trasy, którą Treaty zwykle pokonywał w drodze do stajni. Sprawdziwszy,
czy na pewno nie pozostawił żadnych
śladów, podszedł do drzwi. Z jednej z wielu kieszeni wyjął wytrych. Błyskawicznie
otworzył zamek i delikatnie nacisnął klamkę. Drzwi uchyliły się do wewnątrz,
skrzypiąc przeraźliwie. Zaalarmowany głośnym dźwiękiem skrytobójca położył dłoń
na rękojeści jednego ze sztyletów i uważnie rozejrzał się dookoła.
Upewniwszy
się, że w pobliżu nikogo nie ma, wszedł do chatki. Po lewej dostrzegł parę
drzwi. Otworzył jedne z nich. Za nimi znajdowała się sypialnia, zdecydowanie
używana. Zwiadowca mieszkał sam, więc pokój musiał należeć do niego.
Voleri
wśliznął się do środka, uważając by drzwi zostawić w takiej samej pozycji. Pokój
był niewielki. W rogu naprzeciwko drzwi stało wąskie łóżko a obok niego szafka nocna
i mała komoda. Na ścianie po lewej było okno. W kącie po stronie przeciwnej do
łózka stała wysoka szafa z ciemnego drewna. Skrytobójca uznał, że będzie ona najlepszą
kryjówką. Nawet gdyby po powrocie do domu Zwiadowca do niej zajrzał, Voleri miałby
przewagę zaskoczenia.
Skrytobójca
powoli podszedł do mebla. Niektóre deski podłogi skrzypiały, jednak Voleriemu
udało się ustalić trasę, którą dałby radę przejść bezgłośnie. Wreszcie otworzył
szafę. Drzwi nie wydały praktycznie żadnego dźwięku. Chłopak uśmiechnął się
lekko. „I tu się twoja ostrożność kończy.
Żadnych zabezpieczeń najbardziej oczywistej kryjówki.” pomyślał ironicznie,
a jego wiara w umiejętności i ostrożność ofiary trochę zmalała. Uważnie
przyjrzał się umieszczonym w szafie ubraniom. Tak jak się spodziewał wisiały
tam jedynie odświętne lub nadające się do innych typów krajobrazu płaszcze. Jak
wywnioskował Voleri, szansa, że zwiadowca otworzy mebel po powrocie do domu
była niewielka. Zwykłe płaszcze wisiały na kołkach w sieni.
W
tej chwili skrytobójca z przerażeniem zdał sobie sprawę, że pozostawił otwarte drzwi
wejściowe. Pobiegł z powrotem do sieni i zamknął je na klucz. Zaklął pod nosem.
Przez jego nieuwagę cały plan niemal legł w gruzach. „O czym jeszcze zapomniałem?” pomyślał.
Odpowiedź
przyszła natychmiast. Spojrzał na drzwi, znajdujące się obok tych prowadzących
do sypialni. Nawet tam nie zajrzał. „Kto
wie co jest w tym pokoju…?” Pewnym krokiem podszedł do drzwi. Otworzył je,
jednym szybkim ruchem. Jego oczom ukazała się druga sypialnia, raczej
nieużywana. Tego można się było spodziewać.
Voleri
ponownie przeklął w swoje roztargnienie. „A
gdyby ktoś jeszcze był w chacie? W tym pokoju? Mógłby z łatwością zaatakować
mnie znienacka…” pomyślał. W tej chwili zdał sobie sprawę, że ten ktoś
miałby wystarczająco dużo czasu by wyjść z pokoju. A następnie ukryć się w
innej części chatki. Voleri zadrżał. Wyobraźnia podsunęła mu obraz drugiego zwiadowcy,
stojącego za jego plecami z nożem w ręku i okrutnym uśmieszkiem na twarzy. Powodowany
impulsem odwrócił się i… nikogo za sobą nie dostrzegł.
Głośno
wypuścił wstrzymywane wcześniej powietrze, przeklinając swoje tchórzostwo.
Wrócił
do sypialni, wszedł do szafy i zamknął jej drzwi. Oparł się o tylną ścianę mebla.
Jeszcze chwilę wiercił się w poszukiwaniu jak najwygodniejszej i nie utrudniającej
szybkiej reakcji pozycji, aż w końcu zastygł w bezruchu w oczekiwaniu na powrót
zwiadowcy.
Zapadł
już zmrok gdy skrytobójca usłyszał dźwięk obracania klucza w zamku, a następnie
przeraźliwe skrzypienie otwieranych drzwi. Treaty wrócił do domu. Voleri usłyszał
jak jego niczego nieświadoma ofiara krząta się po kuchni. Po jakimś czasie dało
się słyszeć zbliżający się odgłos kroków na skrzypiącej podłodze. Przez szparę
w drzwiach szafy Voleri dostrzegł blask świecy. Treaty wszedł do sypialni.
Skrytobójca tkwił w bezruchu. Jego dłoń zacisnęła się na rękojeści wyciągniętego
z pochwy sztyletu, jednak zwiadowca nawet nie podszedł do szafy. Jeszcze przez
chwilę kręcił się po chatce, aż wreszcie zgasił świecę i najprawdopodobniej poszedł
spać.
Voleri
nie zamierzał atakować od razu. Musiał być pewien, że Treaty zasnął. W myślach
raz po raz odtwarzał plan działania. Wiedział, że mierzy się z godnym siebie
przeciwnikiem. Nie mógł pozwolić sobie na żaden błąd w decydującym momencie. Wciąż
uważając by nie uczynić najmniejszego szmeru przyjął trochę wygodniejszą pozycję
i zastygł, wpatrując się w ciemność.
***
Obudził go palący ból w prawej ręce.
Otworzył oczy. Zobaczył, że pochyla się nad nim jakaś postać. Odezwał się w nim
instynkt i lata treningów zwiadowcy. Błyskawicznie zaatakował napastnika,
jednocześnie próbując chwycić rękę trzymającą sztylet. Przeciwnik okazał się jednak
równie szybki i uniknął ciosu. Dłoń Willa zacisnęła się na jego ręce. Napastnik
nagłym szarpnięciem spróbował się uwolnić. Zwiadowca chciał wykorzystać to by
poderwać się z łóżka, jednak nożownik wyczuł jego zamiary i uderzył go w twarz.
Szczęka Willa eksplodowała bólem, a przeciwnik uwolnił drugą rękę. W tej samej
chwili zwiadowca kopnął napastnika, a tamten, zaskoczony, krzyknął i odskoczył.
Will wykorzystał to by zerwać się z łóżka, jednak zanim udało mu się pewnie
stanąć, znowu został zaatakowany. Jednoczesne podcięcie nóg i kolejny cios w
twarz powaliły go na ziemię. Poczuł silne kopnięcie w żebra. Spróbował
przewrócić napastnika, jednak bez skutku. Czuł dziwną słabość. Kręciło mu się w
głowie. Rana na ręce pulsowała palącym bólem, uniemożliwiając skuteczną walkę.
Will zdał sobie sprawę, że przegrał. Napastnik udaremnił mu jeszcze kilka,
coraz bardziej desperackich i nieskutecznych prób ataku.
***
Voleri
schował sztylet do pochwy, odwrócił się i wyszedł z chatki Treaty’ego. Usłyszał
jeszcze przeszywający jęk wydany przez zwijającego się z bólu zwiadowcę.
Początkowo
skrytobójca zamierzał wbić sztylet w serce Treaty’ego, tuż po tym jak powie mu
dlaczego to robi. W ostatniej chwili jednak rozmyślił się. „Nie zasłużył na to” pomyślał.
Zamiast
szybkiej śmierci zwiadowca otrzymał kilka godzin cierpienia. Później działanie
trucizny miało osłabnąć, a złe samopoczucie i osłabienie utrzymać się jeszcze
przez kilka dni. Później wszystko powinno wrócić do normy. Może z wyjątkiem
psychiki. Chyba nikt nie mógłby doświadczyć bólu zadawanego przez wywar z Vedanre
bez szkód na umyśle. To już jednak nie była sprawa Voleriego. Dokonał zemsty, zapewnił
Treaty’emu potworne cierpienie, ale go nie zabił. Nie był mordercą i wiedział,
że Bacari nie chciałby zostać pomszczony w taki sposób.
Teraz
chłopakowi pozostało tylko wykonać przydzielone mu zadanie i wrócić do Genowesy.
Był pewien, że w końcu będzie mógł stanąć nad grobem Bacariego w pokoju ducha. Nareszcie
bez konieczności przejmowania się zemstą.
Komentarze
Prześlij komentarz