"Skrytobójcy" - Rozdział 5

Ø Republika Genoweńska – rok 940 drugiej ery

 Voleri zawsze uważał jadalnię za miejsce wyjątkowo przytłaczające. Znajdowała się ona na piętrze, po południowej stronie budynku. Światło słońca wpadało do pomieszczenia przez wysokie, łukowate okna, a jasność potęgowały przyozdobione cennymi obrazami ściany w kolorze écru. Kontrastowała z nimi ciemna, palisandrowa podłoga. Na środku jadalni stał długi, wykonany z tego samego gatunku drewna stół, otoczony prostymi eleganckimi krzesłami. W tej chwili siedziały przy nim tylko dwie osoby: Voleri i Bacari di Fermarsi.
    Chłopiec niecierpliwie wiercił się na krześle w oczekiwaniu na posiłek, co wydawało się irytować pogrążonego we własnych myślach skrytobójcę. Niedawno do głowy przyszła Voleriemu pewna myśl, której teraz nie mógł się pozbyć. Chciał zapytać o to Bacariego, choć był świadomy, że pomysł był  niedorzeczny.

    - Bacari? – powiedział wreszcie z wahaniem, Skrytobójca podniósł wzrok – Bo ja chciałbym wiedzieć… znaczy tak się zastanawiałem…  tak… – teraz, kiedy już zdobył się na odwagę by zacząć zadawać pytanie, nie potrafił się wysłowić.
    - Czy mógłbyś już przejść do rzeczy? – zapytał przesadnie zmęczonym tonem jego mentor.
- Eehm… Czy jesteś…ehm… moim ojcem? – wydusił z siebie wreszcie chłopiec.
Teraz, gdy wreszcie to powiedział, w pełni zdał sobie sprawę z tego, jak głupio brzmiało jego pytanie. Bacari zmarszczył brwi a następnie parsknął krótkim śmiechem.
- Wątpię – powiedział z wyczuwalną drwiną w głosie – a przynajmniej nie mam żadnych konkretnych przesłanek by tak sądzić. Skąd ten pomysł?
- Eeem…to mi się wydawało takie oczywiste…ten… logiczne.
- Co w tym widzisz oczywistego i logicznego?
- Znaczy, nie znałem mojego ojca, a ty przyjąłeś mnie na ucznia i… i mieszkam tu, a nie na ulicy… znaczy już nie żebra… żebrzę… - z wahaniem zaczął tłumaczyć chłopiec.
- Zostałeś moim uczniem, ponieważ widziałem, że masz talent. Gdyby było inaczej nie przyjąłbym cię, choćbyś był moim synem. Rozumiesz?
- Eeem… tak.
- A skoro już mówimy o szkoleniu… - skrytobójca zawiesił na chwilę głos.
Voleri pożałował, że poruszył ten temat. Był pewien, że to co miał usłyszeć nie było wcale przyjemne.
– Jestem dogłębnie rozczarowany twoim podejściem do nauki o truciznach – kontynuował Bacari – Nie potrafiłeś odróżnić kwiatów Aracoiny Białej od Fiorii*.
Na te słowa Voleri przewrócił oczami. Nienawidził uczyć się o truciznach. Ciągłe wypytywanie o nazwy, właściwości i sposoby stosowania roślin, których większość wyglądała tak samo, budziło jego frustrację. Zanim zdążył się powstrzymać, powiedział opryskliwym tonem:
- Po co mi to?
- Po co ci to? – przedrzeźnił go Bacari, a chłopiec natychmiast pożałował swoich słów – Na przykład po to żeby wiedzieć co wywoła długą, bolesną śmierć, a co spowoduje otumanienie i zaburzenia wzroku. Mam nadzieję, że dostrzegasz różnicę.
Ton skrytobójcy był zwodniczo spokojny. Voleri mimowolnie skulił się na krześle. Czuł, że znacznie pogorszył swoją sytuację. Mimo to podjął jeszcze jedną, skazaną na porażkę próbę:
- Ale przecież śmierć mogę spowodować jakoś inaczej… znaczy na przykład z kuszy… strzelić – wytłumaczył nieporadnie.
- Doprawdy? A jeżeli dostaniesz zlecenie, dajmy na to… zabicia danego monarchy, tak by jego śmierć wyglądała na efekt choroby, co zrobisz? Strzelisz z kuszy i będziesz liczył, że nikt nie zauważy bełtu sterczącego mu z piersi?
Voleri nie miał na to odpowiedzi.
- Możesz być zaskoczony – kontynuował Bacari – ale większość moich najważniejszych zleceń tak wyglądała „U tego arystokraty mają wystąpić objawy gruźlicy”, „Niech tamten przywódca umiera długo, z objawami poważnego zatrucia nieświeżymi ostrygami”, chyba nie muszę ci tłumaczyć, że takich misji nie da się wykonać bez dogłębnej wiedzy o truciznach, prawda?
Chłopiec skinął głową. Irytacja minęła, a Voleri poczuł wstyd na myśl, że po raz kolejny rozczarował swojego mentora.
- Wracając do tematu twojego szkolenia... – mówił dalej Bacari – obawiam się, że będzie musiało się zakończyć,  jeżeli w końcu nie zaczniesz przykładać się do nauki.
Na samą wzmiankę o tym Voleri zadrżał. Nie wyobrażał sobie powrotu do życia na ulicy. Musiał zacząć przykładać większą wagę do nauki o truciznach. Wiedział, że będzie to od niego wymagało dużego wysiłku, Jednak Bacari, jak zawsze miał rację. Co do tego, że znajomość trucizn była jednak  umiejętnością niezbędną nie mogło być już wątpliwości.



*Aracoina Biała pojawiła się w oryginalnej serii („Halt w niebezpieczeństwie”), Fioria i wszystkie inne podane później rośliny są już moim, kompletnie niekanonicznym, wymysłem.


Rozdział 4                                                                                                                                   Rozdział 6

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"