"Skrytobójcy" - Rozdział 2

Ø Republika Genoweńska – rok 943 drugiej ery

Początkiem tragedii był moment, gdy Hierarchia* otrzymała zlecenie od Tennysona, przywódcy działającej w Araluenie i Hibernii sekty. Mężczyzna chciał wynająć trzech skrytobójców. Wszystko wskazywało na to, że będzie to proste, acz dobrze płatne zlecenie. Do jego realizacji zgłosili się Bacari i dwójka młodych skrytobójców, którzy niedawno ukończyli szkolenie.
    Po pewnym czasie do Genowesy zaczęły docierać pogłoski o porażce Tennysona i śmierci wynajętych przez niego ludzi. Voleri odnosił się do nich sceptycznie. Byłby może skłonny uznać że dwoje młodych, niedoświadczonych skrytobójców mogło odnieść porażkę, ale nie wyobrażał sobie by to samo mogło spotkać jego mentora. Był pewien że nawet jeżeli zleceniodawca został pokonany, Bacari zdołał uciec.
    Mylił się.
    Wkrótce, wbrew nadziejom Voleriego, do Genowesy dotarła potwierdzona informacja, że w trakcie  misji skierowanej przeciwko sekcie Tennysona członkowie Aralueńskiego Korpusu Zwiadowców zabili trzech genoweńskich skrytobójców. Nie mogło już być wątpliwości, że Bacari nie żyje. Voleri znów został sierotą.

***

         Pogrzeby skrytobójców organizowała i finansowała Hierarchia. Nagrobki członków organizacji, zarówno tych zmarłych śmiercią naturalną, jak i poległych w walce, znajdowały się w jednej z największych i najbogatszych kaplic Katedry Genoweńskiej. Pogrzeby odbywały się z należytym dostojeństwem i ceremoniałem, choć zwykle nie przychodziło na nie wielu ludzi. Skrytobójcy nie cieszyli się sympatią innych obywateli miasta, a rzadko zakładali duże rodziny. Często jedynymi gośćmi byli ich koledzy po fachu. Wobec tego rzadkością były ceremonie, na których zjawiało się więcej niż sto osób. Pogrzeb Bacariego di Fermarsi nie stanowił wyjątku.

    Mężczyzna był samotnikiem, nie założył rodziny i nie utrzymywał żadnych kontaktów ze swoimi krewnymi. Na ceremonii zjawili się jedynie inni skrytobójcy wraz ze swoimi uczniami, oraz Voleri. Miał pewność, że jest jedyną osobą, która czuje prawdziwy smutek z powodu śmierci Bacariego.
    Chłopak stał nad nowo wykonanym, marmurowym nagrobkiem. Płakał. Wiedział, że nie powinien. Jego mentor nie byłby z tego dumny. Jednak chłopak nie mógł powstrzymać łez. Osiem lat temu Bacari przyjął go na ucznia. Zapłacił za jego trening, zapewnił mu dom, edukację i godne życie. Jakkolwiek skrytobójca nie próbowałby umotywować tej decyzji, Voleri wiedział swoje: mężczyzna był po prostu dobrym człowiekiem, zlitował się nad głodnym, obszarpanym sierotą i właśnie dlatego go przygarnął. Był jedynym, który okazał chłopcu cokolwiek poza pogardą i wyższością. Wyjątkiem wśród egoistycznego, bezlitosnego tłumu. Jedynym człowiekiem godnym zaufania. Jedynym przyjacielem. Teraz nie żył, a Voleri znowu został sam.
    Oczywiście nie byłby zmuszony do powrotu do życia ulicznika. Trening miał dokończyć u innego skrytobójcy. Jednak, kiedy patrzył na grób swojego mentora, był pewien, że nic już nie będzie takie samo. Stracił jedynego człowieka któremu mógł zaufać.
    Ból przemienił się we wściekłość. Voleri poczuł palącą nienawiść do zwiadowcy, który zabił jego nauczyciela, a później szczycił się tym, jakby dokonał czegoś bohaterskiego. Ludzie twierdzili, że zwiadowcy są skryci i skromni. Teraz Voleri był pewien, że się mylili. Historie, czy wręcz legendy, o tym zwiadowcy – Willu Treaty – docierały nawet do Genowesy. „Ciekawe, czy nazywają go już bohaterem narodowym” pomyślał z przekąsem Voleri. Przypomniawszy sobie opowieści o wszystkich dokonaniach młodego zwiadowcy, poczuł palącą wściekłość. Chciał splunąć mu w twarz… Albo raczej zabić go, patrzeć jak powoli wije się z bólu, umiera w męczarniach. Voleri był pewien, że ten „bohater” na to zasłużył. Powodowany impulsem i siłą emocji, wyszeptał:
    - Przysięgam, że cię pomszczę. Treaty otrzyma na co zasłużył. Będzie cierpiał. Ja...
    Dalsze słowa stłumił narastający szloch. Chłopak sam nie wiedział, czy spowodowała go rozpacz czy gniew. Nie dokończył przysięgi ale wiedział że zrobi wszystko by ukarać Zwiadowcę, pomścić zamordowanego mentora. Nawet pomimo świadomości, że nie tego chciałby od niego Bacari.
    Mężczyzna zawsze powtarzał, że skrytobójcom nie wolno zabijać z własnego kaprysu, że wtedy stają się zwyczajnymi mordercami. Teraz jednak Voleriego to nie obchodziło. Liczyły się tylko spalająca go od środka nienawiść i pragnienie zemsty.

***

          Gdy Voleri wracał z pogrzebu, słyszał jak ludzie dookoła niego komentują wieści o porażce trzech skrytobójców. Jakaś przekupka otwarcie powiedziała coś o „morderczych świniach bez uczuć”, które „same sobie zasłużyły na śmierć”.

    Voleri znowu poczuł ogarniającą go wściekłość. Jego dłoń powędrowała do ukrytego pod płaszczem sztyletu. „Świnie bez uczuć?” pomyślał „Ty jesteś lepsza? Co byś niby zrobiła gdybyś zobaczyła brudnego, obszarpanego sierotę? Pewnie byś splunęła i kazała mi zejść ci z oczu. Zabawne, że ty mówisz o uczuciach!”. Miał ochotę wykrzyczeć te słowa prosto w twarz głupiej hipokrytki. Uderzyć ją. Jakkolwiek ukarać za obrażanie Bacariego. Nauczyć cały ten kłębiący się wokół głupi motłoch szacunku.
    Zacisnął dłonie w pięści. Nadnaturalnym niemalże wysiłkiem woli powstrzymał się przed głupim, impulsywnym działaniem. Zdał sobie sprawę, że stoi na środku ulicy, świdrując ludzi pełnym pogardy i nienawiści wzrokiem.
    Westchnął ciężko, odwrócił się i poszedł dalej. Irracjonalna wściekłość zaczęła przygasać. Teraz Voleri czuł w sobie pustkę. Cały czas jakaś mała część jego umysłu nie chciała uwierzyć w to, że Bacari nie żyje. Chłopak chciał się łudzić że za chwilę obudzi się w swoim pokoju, a wydarzenia ostatnich dni okażą się jedynie koszmarem, wiedział jednak, że tak się nie stanie. Ogarniała go rezygnacja i poczucie samotności. Czuł, że jedynym co popychało go do przodu była wściekłość, a celem jego życia stała się zemsta.



*U mnie: nazwa rady przywódców skrytobójców – Flanagan użył nazwy „hierarchia skrytobójców” w „Królach Clonmelu” w odniesieniu do osób, które zdecydowały o rodzajach broni wykorzystywanej przez tę grupę, ja używam jej jako nazwy własnej.


Rozdział 1                                                                                                                                                                 Rozdział 3

Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Edit: Napisałam, że powiedzenie wprost: że mentor był dla chłopaka wszystkim, jest zbyt suche i przydałoby się przedstawić kilka scen faktycznie przedstawiających ich relacje z poszczególnych okresów życia chłopaka. Wbijam na następny rozdział: oh...
    Dlatego, nie należy komentować po rozdziale, tylko po całości (z błędów płynie nauka)

    Nie bardzo wiem jak działają pogrzeby, ale czy zaraz po ceremonii stawia się nowy, marmurowy nagrobek?

    Irracjonalna wściekłość? Według mnie uzasadniona. Przecież chłopak stracił najbliższą mu osobę, z którą spędził osiem lat życia.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)