"Skrytobójcy" - Rozdział 7

Ø Gallica – rok 941 drugiej ery

Voleri, pełen niepokoju, ściskał w ręku kuszę. To miało być jego pierwsze zlecenie, „Pierwsza prawdziwa lekcja praktyczna” jak mawiał Bacari.
    Skrytobójca stał obok chłopca, jak zawsze opanowany i spokojny. Byli na piętrze starego, opuszczonego domu w jednym z gallicańskich miasteczek. Voleri wyglądał przez małe okno, które wychodziło na główną ulicę.
    Nagle drzwi karczmy, znajdujące się jakieś dwadzieścia metrów od nich, otwarły się. Wyszło przez nie trzech mężczyzn. W jednym z nich, grubym, niechlujnie ubranym człowieku, Voleri rozpoznał swoją ofiarę. Odetchnął głęboko. Wiedział, że ma tylko dwa strzały – po jednym na każdą z dwóch naciągniętych kusz – jeżeli z obydwu spudłuje nie będzie już czasu by zaatakować ponownie.
    Voleri uspokoił oddech. Upewnił się, że jego ręce nie drżą. Wycelował i wystrzelił.
    Bełt trafił ofiarę w bark. Mężczyzna wrzasnął z bólu, a jego towarzysze z zaskoczeniem spojrzeli na pocisk. Voleri, nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, podniósł drugą kuszę. Wycelował. Wystrzelił. Tym razem trafił idealnie. Ofiara zdążyła jeszcze podnieść rękę do źródła bólu, po czym osunęła się bez życia na ziemię, z wystrzelonym przez Voleriego bełtem sterczącym z piersi. Krew powoli przeciekała między bezwładnymi palcami mężczyzny.
    Na ten widok chłopiec uśmiechnął się. Zrobił to. Wykonał pierwsze zlecenie. Spojrzał na swego mentora. Ten skinął głową, okazując, że jest zadowolony ze swego ucznia.
    - Chodź – powiedział cicho Bacari i skierował się do częściowo zawalonych schodów, prowadzących na parter budynku.
    Chłopiec poszedł za swoim mentorem. Opuścili budynek tylnymi drzwiami, prowadzącymi na zachwaszczone podwórze, otoczone rozpadającym się płotkiem. Wcześniej Genoweńczycy przywiązali do nich swoje konie. Voleri i jego nauczyciel dosiedli ich i wyjechali z miasteczka bocznymi drogami. Zanim strażnicy rozpoczęli pościg, skrytobójcy byli już daleko.
    Przez całą drogę powrotną Voleriemu raz po raz przed oczami stawało wspomnienie mężczyzny, którego zastrzelił. Chłopca rozpierała duma. Teraz wiedział, że nadaje się na skrytobójcę. Nie zawiódł swojego mentora.

***

Ø Araluen – rok 947 drugiej ery

Voleri pewnie trzymał w dłoni sztylet. Stał w zaułku, w małym aralueńskim miasteczku.
    Zlecenie, które otrzymał, było proste. Miał po prostu zabić pewną kobietę i pozostawić jej ciało w widocznym miejscu. Nie zastanawiał się jaki był tego cel. Skrytobójcy szanowali prywatność swoich zleceniodawców.
    Voleri usłyszał dźwięk kroków na bruku. Po chwili zobaczył kobietę, którą miał zabić. Prócz ich dwojga na ulicy nie było nikogo. O tej porze miasteczko wydawało się zupełnie wyludnione. To oczywiście dodatkowo ułatwiało sprawę.
    Chłopak bezszelestnie zaszedł kobietę od tyłu. Podniósł nóż. Ofiara, być może powodowana instynktem, gwałtownie się odwróciła. Nie zdążyła zrobić nic więcej. Voleri płynnym ruchem noża poderżnął jej gardło. W oczach kobiety na sekundę odbiło się przerażenie. Tuż po tym jej ciało osunęło się na ziemię.
    Skrytobójca wytarł broń o suknię ofiary, i tak już poplamioną krwią. Schował sztylet do pochwy i po raz ostatni spojrzał na zabitą kobietę. Oprócz satysfakcji, z dobrze wykonanego zadania poczuł coś dziwacznego. W jego głowie rozbrzmiały słowa wypowiedziane kilka dni temu przez Treaty’ego: „Każdy, kto przykłada rękę do morderstwa, jest za nie odpowiedzialny”. „Frazes” pomyślał Voleri „Na dodatek fałszywy frazes”. Jednak, z jakiegoś powodu widok trupa nagle zaczął budzić w nim odrazę. Przywołał wspomnienie przepełnionego przerażeniem spojrzenia kobiety. Voleri skrzywił się. To dziwaczne uczucie, które porzucił dziesięć lat temu znowu się w nim odezwało. Coś w jego głowie szeptało „Jesteś mordercą”.
    - Nie – powiedział Voleri, pewnym siebie tonem - Nie jestem.
    Stłumił poczucie obrzydzenia. Wiedział, że było ono głupie i irracjonalne. On nie był mordercą. Był wyłącznie… narzędziem. Spojrzenie kobiety nie było skierowane do niego. Było skierowane do zleceniodawcy. To tamten nieznany Voleriemu człowiek ją zabił. To on był mordercą.
    Skrytobójca westchnął z irytacją i odwrócił się. Szybkim krokiem oddalił się od zwłok. Jeszcze raz powtórzył w myślach: „Za jej śmierć odpowiada zleceniodawca. Nie jestem mordercą. Jestem skrytobójcą”. Chwila zwątpienia minęła. Voleri znowu był pewien, że te słowa są prawdziwe. Tak w końcu mówił Bacari, a on przecież nigdy się nie mylił. Co do tego Voleri nie mógł mieć wątpliwości.

Rozdział 6                                                                                                                                                                     Epilog


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"