Koszmarne śluby i fascynujące porwania - John Flanagan "Okup za Eraka"

„Okup za Eraka” jest siódmą częścią „Zwiadowców”. Kiedy czytałam tę serię poprzednio ta książka należała do moich ulubionych. Ostatnio zapoznałam się z nią w oryginalnej wersji językowej. Szczerze mówiąc, w tym przypadku moje wrażenia dość mocno różniły się od wcześniejszych. Mimo że książka nadal mi się podobała, na tle całej serii wydała mi się po prostu… przeciętna. Zapraszam do recenzji:

FABUŁA / ZWROTY AKCJI 7/10

BOHATEROWIE 7/10

KREACJA ŚWIATA 7/10

NARACJA / STYL / HUMOR 7/10

MORAŁ / PRZESŁANIE 6/10

KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 7/10

 

PODSUMOWUJĄC 7/10

Akcja tej części rozgrywa się przed ukończeniem przez Willa terminu – pomiędzy wydarzeniami części czwartej a szóstej. W Araluenie odbywa się wesele przełożonej Służby Dyplomatycznej Redmont – lady Pauline – z Haltem. Zostaje ono jednak przerwane przez przybycie skandyjskiego posła. Informuje on, że oberjarl Skandii – Erak – w trakcie wyprawy łupieżczej na jedno z Arydzkich miast dostał się do niewoli. Tamtejszy wakir żąda za niego okupu. Rejs do Skandii i z powrotem trwałby zbyt długo, a na dodatek informacja o dostaniu się oberjarla do niewoli mogłaby wywołać próby przejęcia władzy przez mniej lojalnych jarlów. Wobec tego najlepszą szansą dla Eraka jest pomoc ze strony Aralueńczyków. Will, Halt, Gilan, Horace oraz księżniczka Cassandra (znana jako Evanlyn) wybierają się na wyprawę do Arydii. Tam okazuje się jednak, że sprawy mogą w cale nie pójść tak łatwo jak sądzili.

Książka jak zwykle była interesująca i nawet trzymała w napięciu. Nie było w niej jednak wielu zaskoczeń. Po części winę za to ponosił fakt, że rozgrywała się przed wydarzeniami poprzednich części, w związku z czym znałam, lub nie miałam problemu z przewidzeniem, większości rozwiązań. Nie pomagała też zauważalna już niechęć autora do uśmiercania bohaterów pozytywnych (pomijając tych epizodyczno-rekwizytowych), a także pewna skłonność do wrzucania w fabułę bardzo korzystnych zbiegów okoliczności. To wszystko sprawiało, że ciężko było mi przejmować się losami postaci. W końcówce książki jak zwykle pojawiły się sceny walki. Zostały nieźle napisane, jednak tym razem odniosłam wrażenie, że były znacznie mniej emocjonujące niż w częściach poprzednich :(. Za to wątkiem, który w tej książce zirytował mnie niepomiernie był cały ten „idealny ślub”. Szczerze mówiąc, był on dla mnie jedną z najgorszych rzeczy w całej serii (przypominam, że nie dopuszczam do świadomości istnienia tomu dwunastego). Znaczący problem stanowiła dla mnie kwestia panny młodej – lady Pauline wnerwiała mnie niesamowicie (w dalszej części recenzji się bardziej rozpiszę) i, przynajmniej według mnie, zupełnie nie pasowała na żonę Halta. Zresztą cały ten wątek był moim zdaniem absolutnie nieprzystający do tego bohatera. Przeprowadzka do zamku, wizyta u fryzjera, a przede wszystkim ślepe podporządkowywanie się  każdemu słowu… ekhem, rozkazowi Pauline były dla mnie całkowicie „niehaltowe” :(. Rozumiem oczywiście, że autor wprowadził ten wątek by nie pozostawiać zwiadowcy samotnym, gdy Will przestanie być jego uczniem, ale mógł przynajmniej wymyślić żonę i ślub w jakimkolwiek stopniu pasujące do postaci. Oczywiście to są tylko moje odczucia.

Większość postaci w książce była bardzo dobrze skonstruowana. Na pierwszy plan oczywiście wysuwał się Will. Tutaj autor dość dużo czasu poświęcił na opisywanie jego obaw przed zakończeniem nauki i przyjęciem na siebie odpowiedzialności związanej ze staniem się pełnoprawnym zwiadowcą.  Pokazał też ostateczne dorastanie Willa do takiej samodzielności. Bardzo mi się to podobało i uważam, że zostało naprawdę dobrze opisane. Zresztą taki wątek był tym czego trochę brakowało mi pomiędzy częściami czwartą (gdzie Will był jeszcze uczniem Halta), a piątą (w której działał całkowicie samodzielnie). Pewną rolę w książce odegrał także Horace, nadal dobrze skonstruowany i nadal totalnie mi obojętny. W tej części więcej miejsca dostała Evanlyn. Znowu wykazała się siłą i umiejętnością zadbania o siebie, choć zdarzało się jej też popełniać błędy i zachowywać nieodpowiedzialnie. Czyniło ją to wiarygodną i sprawiło, że jeszcze bardziej ją polubiłam. W tej części było też, na szczęście, znacznie więcej fragmentów z udziałem mojego ulubionego bohatera – Halta. Pozostał on równie świetny jak w poprzednich częściach i  nie zrujnował tego nawet cały ten kompletnie niedopasowany wątek ślubu i „wiernopoddaństwa” wobec lady Pauline. Pewną rolę odegrał również jarl Erak – również jeden z moich ulubionych bohaterów. On także pozostał genialną postacią (i jemu autor nie zorganizował ślubu… chociaż, swoją drogą, takiego wątku akurat byłabym autentycznie ciekawa ;) ). Dodatkową zaletą było oczywiście pojawienie się duetu Erak-Halt. Jak już pisałam, rozmowy tej dwójki w części czwartej były dla mnie genialne, a w tej niewiele się zmieniło. Ze znanych już postaci pojawił się tu również Gilan. Niestety, choć miał swój charakter i był nieźle wykreowany, pozostał mi kompletnie obojętny (i dalej kojarzył mi się z Legolasem).

W tej części pojawił się kolejny dość znaczący bohater – wakir Seley el’then (Selethen). Również był świetny – inteligentny, odważny i charyzmatyczny. Natychmiast dołączył do grona moich ulubionych postaci serii :).  Następnym nowym bohaterem był Yusal Makali – antagonista tej części. Niestety okazał się on znowu typowym, jednowymiarowym czarnym charakterem, nieodznaczającym się cechami charakteru innymi niż absolutne okrucieństwo i ogólna złowrogość. Dodatkowy problem stanowił jego kontrast ze świetnie skonstruowanym antagonistą poprzedniej części. Jednak nawet ten nieszczęsny Yusal był wręcz fenomenalnie wykreowanym bohaterem w porównaniu z przecudowną lady Pauline (tak, tutaj zaczyna się moje narzekanie i odreagowywanie irytacji na tę postać. Ostrzegam, mogę próbować być ironiczna). Nienawidziłam jej z całego serca. Miałam wrażenie, że autor chciał wykreować kolejną silną, władczą i inteligentną, a przy tym czarującą kobietę. Z tym, że coś nie wyszło. Ta bohaterka już raczej była (według mnie przynajmniej) irytującą, zarozumiałą  arystokratką. Cały czas rządziła się i traktowała wszystkich (Halta szczególnie) z denerwującym poczuciem wyższości. Okazała się moją najbardziej znienawidzoną postacią całej serii (nawet Madelyn i Will Z Traumą z NIEISTNIEJĄCEJ dwunastej części byli od niej lepsi). Teoretycznie nie powinnam się tak czepiać, w końcu nie wszyscy bohaterowie książek muszą być sympatyczni… z tym, że Pauline miała chyba być „lubialna” i, cóż, nie była ani trochę. Autor mógłby ją spokojnie uśmiercić. W totalnie naciągany sposób. Nawet „poza kadrem” (przepraszam za możliwie spoilerowe nawiązanie, niektórzy będą wiedzieć o co chodzi, co do reszty… niczego nie tracicie). Dobrze, koniec o Pauline. Na szczęście w kolejnych tomach ta bohaterka już prawie nie występowała.

Większość akcji tej książki umieszczona została w kolejnej części flanaganowskiego świata – pustynnej, upalnej Arydii, inspirowanej bliskim wschodem. Czytelnik mógł poznać trzy z zamieszkujących ją ludów: Arydów, Bedullinów – koczownicze, ceniące gościnność plemię oraz brutalnych Tualegów. We wszystkich trzech przypadkach podobieństwo nazw pozwalało łatwo domyślić się inspiracji. Co przypomina o głównym zarzucie, który mam do tego świata – niemal-przepisywaniu średniowiecznej Europy/Azji, przy wprowadzeniu drobnych pasujących modyfikacji. Autor jednak bardzo dobrze opisał przedstawiane krainy i ich obyczaje.

Narracja w książce jak zwykle była trzecioosobowa. Z jakiegoś powodu w tej części zaczął mi bardziej przeszkadzać prosty styl autora. Oczywiście nadal czynił on książkę prostą i przyjemną w czytaniu, ale tym razem jednocześnie nieco zmniejszał możliwość wczucia się w przedstawiane wydarzenia. Poczucie humoru nadal było jednak świetne.

Książka prezentowała pewne ważne wartości, w rodzaju odwagi, przyjaźni, uczciwości. Znowu jednak miałam wrażenie, że było to dość banalne i w gruncie rzeczy ograne. Trochę dodawało jej jednak to, że przestawia również kwestie dorastania i samodzielności, a także mierzenia się z odpowiedzialnością, która się z nimi wiąże.

 „Okup za Eraka” był bardzo przyjemną i interesującą książką. Przeszkadzał w niej trochę wątek ślubu i próby zepsucia wizerunku mojego ulubionego bohatera (nie, pół strony narzekania mi nie wystarczyło). Odniosłam wrażenie, że tym razem tę część czytało mi się trochę gorzej niż poprzednio. Po części winę za to mogły odnosić proste język i konstrukcja fabuły. Wciąż jednak była to dla mnie przyjemna lektura. Ogółem oceniam ją jako bardzo dobrą i polecam, głównie młodszym czytelnikom, starszym – jeśli nie przeszkadzają im wyżej wspomniane przeze mnie uproszczenia. Myślę jednak, że lepiej przeczytać ją przed częścią piątą – w tym przypadku kierowanie się raczej chronologią świata przedstawionego niż wydawania książek wydaje mi się sensowniejsze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)