Bunt w (prawie) Japonii - John Flanagan "Cesarz Nihon-Ja"

„Cesarz Nihon-Ja” to dziesiąta część „Zwiadowców”.  W zasadzie, traktuję ją jak ostatni tom serii. „Zaginione Historie”, są zbiorem luźno powiązanych z całością opowiadań, które sensowniej chyba czytać jako dodatek; a istnienia „Królewskiego Zwiadowcy” i wszystkiego co dalej nie uznaję - oczywiście są też argumenty bardziej merytoryczne: w tomie dwunastym jest duży (kilkunastoletni) przeskok czasowy, następuje również zmiana protagonisty. W związku z tym „Cesarz Nihon-Ja” był ostatnią częścią „Zwiadowców”, z jaką zapoznałam się w ramach ponownego czytania całej serii po angielsku, i ostatnią którą tutaj zrecenzuję (chyba że kiedyś mój czytelniczy masochizm wygra z instynktem samozachowawczym i jednak zabiorę się za tom dwunasty). Moje wrażenia na temat tej książki pozostały podobne, jak poprzednio – podobała mi się jednak nie była wybitna. Zapraszam do recenzji (możliwe drobne spoilery do części poprzednich): 

FABUŁA / ZWROTY AKCJI 7/10

BOHATEROWIE 7/10

KREACJA ŚWIATA 7/10

NARRACJA / STYL / HUMOR 7/10

MORAŁ / PRZESŁANIE 6/10

KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 7/10

 

PODSUMOWUJĄC 7/10

Akcja tej części toczy się w państwie Nihon-Ja (czyli flanaganowskiej Japonii). Horace przebywa tam, gdy wybucha bunt przeciwko tamtejszemu cesarzowi - Shigeru. Rycerz postanawia wspomóc władcę w, wydawałoby się, z góry przegranej walce. Tymczasem Will, Halt, Alyss i Selethen są na misji dyplomatycznej w Toscano (kraju inspirowanym Imperium Rzymskim). Gdy przybywa do nich Evanlyn z wieścią o zniknięciu Horace’a, decydują się wyruszyć na wyprawę, mającą na celu odnalezienie go. Dołącza do nich Gundar, wraz z całą załogą Wolfwilla.   

Duża część fabuły toczyła się dwutorowo. Na przemian pojawiały się rozdziały dotyczące buntu i związanych z nim przygód Horace’a, oraz te opowiadające o pozostałych bohaterach. O ile pierwszy wątek od początku mnie fascynował, drugi początkowo mi się dłużył. Szczególnie męczył mnie opis żeglugi na pokładzie Wolfwilla. Kiedy jednak Will i reszta przybyli już do Nihon-Ja całość fabuły stała się naprawdę fascynująca.  Później pojawiły się świetny opisy przygotowań do bitwy. Pod koniec znalazły się, jak zwykle dobrze napisane i trzymające w napięciu, sceny batalistyczne. Zakończenie również było świetne, nawet trochę wzruszające. Niestety,  moim zdaniem, zepsuło je denerwujące zachowanie Alyss z końcówki epilogu.

W tej części pojawiła się cała plejada świetnych postaci, poznanych w poprzednich częściach. Do pełni szczęścia brakowało mi tylko Eraka i Genoweńczyków (nie, nie mogę się od nich odczepić). Jak zwykle duży udział odgrywali tutaj oczywiście Will, Halt i Horace, którzy pozostali równie dobrze wykreowani jak w całej serii. Pojawił się tutaj również Selethen, z czego bardzo się cieszyłam. Podobnie zresztą jak z udziału Gundara. Niestety odniosłam wrażenie, że autor na ograniczył udział załogi Wolfwilla do minimum (znaczy, doskonale rozumiem, że konieczne było uniknięcie zbytniego natłoku postaci, ale autor mógłby przynajmniej zrezygnować z kogoś innego) . Po przeczytaniu tej części jeszcze bardziej polubiłam też Evanlyn. W tej książce dość dużą rolę odegrały także jej relacje z Alyss. I tutaj zaczęły się problemy. Kłótnie dziewczyn niesamowicie mnie irytowały. Tym bardziej, że w gruncie rzeczy winę za nie ponosiła głównie Alyss – Evanlyn przez większość czasu albo zachowywała się wobec niej w porządku, albo wyłącznie odwzajemniała złośliwości tej pierwszej. To z kolei było jednym z głównych czynników, które spowodowały, że w tej części młoda dyplomatka stałą się dla mnie jedną z najbardziej denerwujących postaci. Jej złośliwość w stosunku do Evanlyn i niemal chorobliwa zazdrość była momentami niemal nie do zniesienia. Po tym, jak w końcówce epilogu, zachowała się wobec Willa znienawidziłam ją już całkowicie (chociaż nie wiem, może to było zachowanie normalne, tylko ja po prostu nie pojmuję relacji międzyludzkich ;) ). Uważam, że w tej części autor zrobił z Alyss jedną z bardziej irytujących postaci całej serii.

Oprócz „starych znajomych” w tej części pojawiło się paru nowych interesujących bohaterów. Najważniejszym z nich był Cesarz Shigeru. Okazał się on postacią bardzo sympatyczną, a także przykładem dobrego władcy. Podobała mi się też jego relacja z Horace’em. Innymi w miarę ważnymi nowymi bohaterami, których udział okazał się jednak dużo mniejszy byli: Shukin – kuzyn Shigeru, dobry i oddany wojownik, wzbudził on we mnie pewną sympatię i żałowałam, że jego udział był tak niewielki; Mikeru – wspomagający Shigeru mieszkaniec jednej z wiosek; Eiko – kolejny pomagający cesarzowi przedstawiciel prostego ludu; lord Nimatsu – władca ludu Hassanu. Choć odgrywali oni dość dużą rolę, większość z nich była dla mnie nijaka. Na początku książki trochę rozbudowany został również charakter George’a – skryby i dawnego znajomego Willa. Najłatwiej scharakteryzować go jako niemal klasycznego kujona. Nie odgrywał on dużej roli, co w żaden sposób nie przeszkodziło mi w utożsamianiu się z nim. Główny antagonista - Arisaka był za to kolejnym niewyróżniającym się, jednoznacznym czarnym charakterem.

W tej części przedstawione zostały kolejne dwa kraje wykreowanego przez autora świata: Toscano i Nihon-Ja. Ten pierwszy pojawił się dość epizodycznie, czego trochę żałowałam. Wydawał się dość interesujący (z jakiegoś powodu lubię Imperium Rzymskie, jak również średniowieczne Włochy)… i to w nim miała leżeć Genowesa ;). Drugiemu krajowi autor poświecił znacznie więcej uwagi. Można było dowiedzieć się trochę o jego kulturze, która, na ile mi wiadomo, była bliska tej japońskiej. Akurat lubię historie umieszczone w tym kręgu kulturowym, co czyniło czytanie tej części jeszcze przyjemniejszym. Jednocześnie powodowało jednak, że  kreacja świata pozostała mało ambitna.

Obok typowego w tej serii pokazywania wartości takich jak honor, odwaga i przyjaźń, ta część poruszała również wątki nierówności społecznych i cech sprawiedliwego władcy. Całkiem mi się to podobało, aczkolwiek wciąż wydawało się dosyć ograne.

„Cesarz Nihon-Ja” podobał mi się. Akcja, kiedy już się rozkręciła, była ciekawa i trzymająca w napięciu. Bohaterowie zostali w większości świetnie skonstruowani i sympatyczni (z wyjątkiem denerwującej Alyss). Książkę czytało się przyjemnie. Oceniam ja jako bardzo dobrą i polecam, przede wszystkim młodszym czytelnikom, a starszym, jeśli mają ochotę na lekką lekturę.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)