Trening czyni mistrza - John Flanagan "Ruiny Gorlanu"
Tym razem recenzja „Ruin Gorlanu”, pierwszej części serii „Zwiadowcy”. Mam do tej książki duży sentyment, w dzieciństwie przeczytałam ją dwukrotnie. Ostatnio zdecydowałam, że zapoznam się z całą serią w wersji oryginalnej (w języku angielskim). Obawiałam się trochę, że ta książka okaże się być znacznie gorsza niż ja zapamiętałam. Choć faktycznie, tym razem większą uwagę zwróciłam na momentami zbyt proste fabułę i język, „Ruiny Gorlanu” mnie nie rozczarowały. Zapraszam do recenzji:
FABUŁA / ZWROTY AKCJI 7/10
BOHATEROWIE 7/10
KREACJA ŚWIATA 7/10
NARRACJA / STYL / HUMOR 7/10
MORAŁ / PRZESŁANIE 8/10
KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 8/10
PODSUMOWUJĄC 7/10
Akcja całej serii rozgrywa się w fikcyjnym świecie wzorowanym przede
wszystkim na średniowiecznej Europie. Tytułowi Zwiadowcy są elitarnym oddziałem
wybitnych łuczników, pełniących też po części funkcje szpiegów. Głównym
bohaterem jest Will, wychowujący się w zamkowym sierocińcu. Chłopak, jako
jedyny nie zna przeszłości swoich rodziców, wie jedynie, że jego ojciec zginął
w bitwie. Akcja książki rozpoczyna się tuż przed dniem, w którym zamkowi
mistrzowie mogą wybrać którąś z sierot do terminu. Marzeniem Willa jest
zostanie rycerzem, jednak jego drobna postura okazuje się ku temu przeszkodą.
Chłopak jest niemal pewien, że, odrzucony przez wszystkich mistrzów, zostanie
odesłany do pracy na farmie. Wtedy jednak dowiaduje się, że tajemniczy
Zwiadowca – Halt – zdecydował, że przyjmie go do terminu. Pierwsza połowa
książki opowiada o treningu Willa. W drugiej okazuje się, że królestwu grozi
niebezpieczeństwo, z którym główny bohater i jego nauczyciel będą musieli się
zmierzyć.
„Ruiny Gorlanu” czytało mi się bardzo dobrze. Książka zainteresowała
mnie od samego początku. Trening bohaterów został dobrze opisany i ani trochę
nie nudził (choć może po części mój odbiór poprawiało to, ze ogólnie lubię
takie wątki). Dalszy ciąg akcji również był interesujący, choć może niezbyt
rozbudowany. Choć książka ta nie obfitowała w zwroty akcji i zaskoczenia nie
mogłam się od niej oderwać, nawet czytając ją po raz trzeci. Tym razem
zauważyłam parę drobnych nieścisłości w fabule, jednak żadna z nich nie była
znacząca i nie przeszkadzała w czytaniu.
Ta część skupiała się na trzech najważniejszych bohaterach serii:
Willu, Halcie, oraz Horasie (przepraszam jeśli zmasakrowałam odmianę imienia
tej postaci, niestety nie mam dostępu do polskiej wersji książki, a powyższą
wersję doradzają poradnie językowe) – jednym z wychowanków sierocińca,
szkolącym się na rycerza. Myślę, że
protagonista został bardzo dobrze wykreowany. Autorowi udało się uniknąć
zrobienia z niego Garry’ego Stu. Choć Will miał duże umiejętności w pewnych
dziedzinach, sukcesy osiągał głównie dzięki pracy włożonej w trening i swojej
determinacji. Nie brakowało mu również słabych stron, czasami popełniał błędy.
Dzięki temu nie sprawiał wrażenia „nadczłowieka” i dało się z nim utożsamiać.
Choć zwykle główni bohaterowie są mi kompletnie obojętni, Will nawet wzbudził
we mnie pewną sympatię. Nieco mniej ważną ale również dobrze wykreowaną
postacią był Horace. Podobnie jak Will miał zarówno mocne jak i słabe strony.
Na przestrzeni książki dało się dostrzec jego przemianę, która, moim zdaniem,
także została dobrze i wiarygodnie napisana. Mimo wszystko Horace był mi raczej
obojętny. Uwielbiałam za to Halta. Był postacią małomówną i tajemniczą, a ja
akurat bardzo lubię bohaterów tego typu :). Podobnie jak wcześniej wymieniona
dwójka, został wiarygodnie wykreowany. Świetnie opisana była również więź
rozwijająca się między nim a Willem. Pewną rolę w fabule miał również Gilan –
Zwiadowca i dawny uczeń Halta. Nie był on jednak tak dobrze wykreowany jak trójka
głównych bohaterów i był mi zupełnie obojętny. Na dodatek z jakiegoś powodu nieustannie
kojarzył mi się z Legolasem z „Władcy Pierścieni”.
Pozostałe postacie były raczej epizodyczne, jednak również miały swoje
cechy charakteru i nie zlewały się w bezbarwne tło. Pewien problem stanowiła
dla mnie kwestia czarnego charakteru tej książki – skazanego za zdradę dawnego
barona Morgaratha. Jego udział w fabule był w gruncie rzeczy dość marginalny, a
sam bohater był tak jednoznacznie zły, że momentami wydawał mi się nieco
karykaturalny.
Jak pisałam wcześniej, akcja książki rozgrywała się w
quasi-średniowiecznym świecie. Taka kreacja całkiem mi się podobała, choć muszę
przyznać, że nie była zbyt ambitna – większość krajów była niemalże przepisana
z tych realnych z niewielkim odautorskimi dodatkami (ale z drugiej strony,
ciężko oczekiwać, że przygodówki dla „młodszej młodzieży” będą miały świat na
poziomie Śródziemia ;) ). Akcja pierwszej części nie wykraczała poza granice
królestwa Araluenu, wzorowanego na średniowiecznej Anglii. Dla mnie akurat
stanowiło to zaletę, ponieważ fascynuje mnie ten kraj. Nie dało to jednak
autorowi dużego pola do popisu w kwestii kreacji świata. Mimo wszystko samo
miejsce akcji było dobrze opisane. Podobał mi się również pomysł na oddziały
Zwiadowców.
Narracja w książce była trzecioosobowa. „Ruiny Gorlanu” napisane zostały
bardzo prostym i niewymagającym językiem, co można uznać za wadę. Jednak dzięki
temu też książkę czytało się szybko i przyjemnie. Bardzo podobał mi się humor
pojawiający się w tym dziele (uwielbiałam wypowiedzi Halta :) ).
W tej książce pojawiło się kilka ciekawych i dość edukacyjnych,
szczególnie dla młodszych czytelników, wątków. Uczyła ona chociażby, że
niesnaski z dzieciństwa nie zawsze czynią ludzi wrogami, bohaterstwo nie zależy
od pozycji czy zawodu, a żeby osiągnąć sukcesy w jakiejś dziedzinie zwykle najważniejsze
jest ćwiczenie. Książka ta piętnowała również prześladowanie słabszych. „Ruiny
Gorlanu” pokazywały też, że marzenia nie zawsze się spełniają, jednak nie
zawsze jest to negatywne - czasami dzięki temu, że nie udało się zrealizować
swoich planów, można ostatecznie doświadczyć czegoś lepszego. Uważam, że był to
wątek naprawdę warty poruszenia. Podobało mi się, że pojawił się w tej książce,
bo nie przypominam sobie bym spotkała go w którejkolwiek innej młodzieżówce,
którą czytałam.
„Ruiny Gorlanu” były raczej książką
przeznaczoną dla młodszych czytelników, jednak nie przeszkadzało mi to znacząco.
Stanowiły prostą i niewymagającą historię, którą przyjemnie się czytało, jednak
miały też sensowne przesłanie. Fabuła interesowała mnie, a bohaterowie budzili
sympatię. Ogólnie oceniam tę książkę jako bardzo dobrą, zdecydowanie polecam
młodszym fanom książek przygodowych, oraz wszystkim czytelnikom, mającym ochotę
na lekką i przyjemną lekturę.

Co do samej serii na początku jarałam się jak czarodziejki w Novigradzie, bardzo chciałam przeczytać te... no właśnie. Zaczęłam risercz i pacze... 1, 4, 9, 14 tomów. Nawet jeśli są dość krótkie to i tak... Jakby przełożyć to "Pieśń Lodu i Ognia" ma podobną objętość, tyle że grubsze tomy. Znaczy się wychodzi 3x mniej książek. I osobiście dla mnie to lepiej wygląda niż tak poćwiartowana opowieść. W każdym razie jarałabym się dalej, gdybym nie usłyszała kilku negatywnych opinii, mianowicie, że w którymś tomie fabuła schodzi do rynsztoka i spływa wraz z gównem do szamba kolejnych publikacji. Autor traci koncepty i rozpisuje się nie wiadomo o czym.
OdpowiedzUsuńTak czy inaczej Twoja recenzja 1-ego tomu jest bardzo zachęcająca. Gdyby to były osobne opowieści z zakończeniem otwartym na następną część to może... Ale jeśli to jest seria wymagająca znajomości poszczególnych tomów to nadal mnie nie przekonuje.
Z zejściem fabuły do rynsztoka prawdopodobnie chodzi o tom dwunasty (autor kopiuje własną twórczość, fabuła nie jest ciekawa, duża część bohaterów traci charaktery lub zostaje durnie uśmiercona, a na dodatek protagonistce bardzo mało brakuje do bycia naprawdę irytującą Mary Sue), kolejnych nie miałam już siły czytać. Wcześniejsze nawet trzymały poziom (oczywiście zdarzały się lepsze i gorsze, ale zasadniczo wszystkie czytało mi się dobrze).
UsuńKolejne tomy w większości stanowią w miarę zamknięte całości. Motywem łączącym wszystkie (do 12) części jest historia Willa (w pewnym stopniu również Horace'a), ale poza tym nie ma konkretnego wątku prowadzącego i ciągnącego się przez cała serię. O ile pierwsze cztery części mocno się ze sobą łączą (w drugiej następuje walka z naczelnym antagonistą pierwszej, trzecia kontynuuje główny wątek zaczęty w końcówce drugiej, a podział trzeciej i czwartej w ogóle jest nieco sztuczny), tak na nich spokojnie można zakończyć lekturę. Kolejne prawie zawsze nawiązują do części poprzednich, niektóre są sztucznie podzielone (w zakresie dwóch tomów), ale na tym kończą się powiązania fabularne. Dokładniej: piąta i szósta są praktycznie jedną częścią, siódma jest całkowicie niezależna, ósma i dziewiąta znowu stanowią całość, dziesiąta znowu jest niezależna.