Tajemnica Grimsdell - John Flanagan "Czarnoksiężnik z północy"
„Czarnoksiężnik z Północy” to piąta część serii „Zwiadowcy”, która kiedyś bardzo podobała.. Ostatnio (w zasadzie rok temu, nadal edytuję archiwalne recenzje) przeczytałam tę książkę ponownie, w języku angielskim. Jak w przypadku poprzednich części, dostrzegłam w niej pewne wady, na które wcześniej nie zwracałam uwagi, jednak ogólnikowo moje wrażenia pozostały pozytywne. Zapraszam do recenzji:
FABUŁA / ZWROTY AKCJI 6/10
BOHATEROWIE 7/10
KREACJA ŚWIATA 7/10
NARRACJA / STYL / HUMOR 7/10
MORAŁ / PRZESŁANIE 7/10
KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 7/10
PODSUMOWUJĄC 7/10
Akcja tej książki rozgrywa się pięć lat po wydarzeniach poprzedniej
części. Will jest już pełnoprawnym Zwiadowcą, przydzielonym właśnie do
spokojnego Seacliff. Tymczasem z okolic leżącego w lennie Norgate zamku
Macindaw, zaczynają docierać niepokojące wieści. Władca twierdzy – lord Syron –
cierpi na tajemniczą chorobę, a wśród mieszkańców krążą plotki o powrocie
złowrogiego czarnoksiężnika – Malkallama. Dodatkowy problem stanowi fakt, że
Macindaw jest strategicznym punktem na granicy Araluenu i Picty, a jego słabość
może wystawić północną część kraju na inwazję wrogich Scottów. W związku z tym
Will zostaje oddelegowany w tamto miejsce by zbadać sprawę i zadbać o
bezpieczeństwo granic.
Rozgrywający się w Seacliff początek książki był dla mnie dość nudny. Akcja
zaczęła się robić ciekawsza dopiero około jednej trzeciej książki. Później było już coraz lepiej, a od końcówki
faktycznie ciężko już było się oderwać. W książce pojawiło się parę ciekawych
zwrotów akcji i zaskoczeń. Pamiętam, że, kiedy czytałam tę książkę po raz
pierwszy, część z nich udało mi się przewidzieć, jednak inne naprawdę mnie
zaskoczyły. Dodatkowo w tej części pojawił się wątek romantyczny. Dla mnie
akurat nie stanowiło to zalety. Jak zwykle, ten wątek mnie irytował, był jednak
dosyć wiarygodny i nieźle napisany. W dodatku dodawał książce pewnego
dramatyzmu. Tym co bardziej mi przeszkadzało był pozbawiony większego sensu
(oprócz podwójnego zarobku ze sprzedaży oczywiście) podział książki na dwie
części. O ile w przypadku trzeciej i czwartej części, podobny zabieg był
jeszcze jakoś uzasadnialny, tak tutaj po prostu fabuła po prostu została urwana
w pół wątku.
Co do bohaterów, jak zwykle w większości byli bardzo dobrze wykreowani.
W tej części Will był już starszy. Dało się zauważyć zamiany jakie zaszły w nim
przez pięć lat, które upłynęły od wydarzeń poprzedniej książki. Jednak pomimo tego
główny bohater był równie sympatyczny jak w poprzednich częściach. W tej
książce udział Horace’a i Halta był marginalny. Szczególnie brakowało mi tego
drugiego, oraz tak dobrze opisywanych w poprzednich częściach relacji między
mentorem a uczniem.
W „Czarnoksiężniku z Północy” dość dużą rolę odegrała Alyss –
dyplomatka i jedna z dawnych wychowanek sierocińca Redmont. Choć pojawiła się
ona już w pierwszej części serii, tutaj jej charakter został znacząco
rozbudowany. Była nieźle skonstruowaną postacią – w miarę inteligentna i
zdecydowana. Moim zdaniem jednak trochę jej brakowało do innych bohaterów
(chociażby do takiej Evanlyn). W tej części przynajmniej była mi wyłącznie
obojętna (dalej było już gorzej, ale to w kolejnych recenzjach).
W tej książce pojawiło się również parę nowych ciekawych postaci.
Wprowadzony został w niej chociażby Skandianin Gundar, rubaszny wojownik, nieco
ważniejszy w kolejnych częściach. Innymi znaczącymi bohaterami byli mieszkańcy
Macindaw i okolic: Orman, jego kuzyn Keren, i czarnoksiężnik Malkallam. Pierwszy z nich był synem lorda Syrona i tymczasowym
władcą zamku, znienawidzonym przez większość ludzi głównie ze względu na swoją
ogólną antypatyczność. A poza tym również moim ulubionym bohaterem książki, nie
licząc Halta. Keren był z kolei całkowitym przeciwieństwem swojego kuzyna –
towarzyskim, zabawnym i cieszącym się powszechną sympatią wojownikiem. On
również okazał się ciekawą i dobrze skonstruowaną postacią, choć ja akurat zdecydowanie
bardziej lubiłam Ormana. Dość interesującym bohaterem był także Malkallam. Co
ciekawe do niego też czułam dużą sympatię. Jeszcze jedną ważną postacią był John
Buttle – przestępca, kanalia i drań kopiący małe szczeniaczki (prawie
dosłownie). Wbrew pozorom także nieźle skonstruowany i, raczej zgodnie z
zamierzeniem autora, budzący absolutną antypatię.
W pierwszej recenzji pisałam, że z paru kolejnych książek wynikało, że
Flanagan potrafi tworzyć ciekawych i niejednoznacznych antagonistów. Chodziło
mi właśnie o tę i kolejną część. Uważam, że ich główny czarny charakter był
bardzo dobrze skonstruowany i taki… autentycznie ludzki.
W tej części akcja znowu rozgrywała się wyłącznie w Araluenie, jednak w
zupełnie nowych częściach kraju: lennie Seacliff oraz okolicach Macindaw, wraz z tajemniczym
lasem Grimsdell. Były one jak zwykle dobrze opisane. Nadal jednak trochę
kreacji świata ujmowało oparcie go praktycznie w całości na średniowiecznej
Europie.
Ta część podobnie jak poprzednie
promowała wartości takie jak odwaga i honor. Co ważniejsze pokazywała też
jednak szkodliwość przesądów i oceniania ludzi po pozorach. Piętnowała także
okrucieństwo wobec zwierząt.
Podobnie jak poprzednie części, „Czarnoksiężnik
z Północy” trzymał w napięciu i szybko się go czytało (pomijając trochę nudny
początek). Bohaterowie byli także dobrze wykreowani. Mocno przeszkadzało mi za
to urwanie książki w połowie. Ogólnie oceniam ją jako bardzo dobrą. Polecam,
przypominając jednak, że jej grupą docelową są jednak młodsi czytelnicy, co
wiąże się z pewnym uproszczeniem języka i fabuły.

Komentarze
Prześlij komentarz