Pokonać Morgaratha - John Flanagan "Płonący most"

                Tym razem recenzja „Płonącego mostu”, będącego drugą częścią „Zwiadowców”. Kiedy czytałam go poprzednio, wywarł na mnie najgorsze wrażenie z całej serii (nie uznaję istnienia tomu dwunastego i kolejnych). Tym razem moje wrażenia były podobne jak wcześniej, a dodatkowy problem stanowiło to, że teraz dostrzegałam momentami zbyt prosty język i lekką naiwność całości. Zapraszam do recenzji:

FABUŁA / ZWROTY AKCJI 6/10

BOHATEROWIE 7/10

KREACJA ŚWIATA 7/10

NARRACJA / STYL / HUMOR 7/10

MORAŁ / PRZESŁANIE 6/10

KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 6/10

 

PODSUMOWUJĄC 6/10

Akcja tej części rozgrywa się po wydarzeniach z „Ruin Gorlanu” i dotyczy przede wszystkim wojny z żądnym władzy baronem Morgarathem. Tym razem główny bohater – Will – wraz ze znanymi z poprzedniej części Horace’em i Gilanem, wyrusza do graniczącej z Araluenem Celtii na misję pokojową. Jej celem jest uzyskanie pomocy tamtejszych wojsk w nadchodzącej wojnie. W drodze trójka spotyka młodą araluenkę – Evanlyn – której towarzysze zostali zaatakowani przez Wargali – istoty pełniące funkcję żołnierzy Morgaratha.

Choć w tej części działo się więcej niż w poprzedniej, większa jej część z jakiegoś powodu mnie nudziła. Dopiero około dwóch trzecich książki zaczęło się robić trochę ciekawiej. Za to sama końcówka – bitwa oraz pojedynek – była już świetnie napisana i fascynująca. W książce pojawiło się kilka zwrotów akcji, niestety część zaskoczeń została zdradzona w opisie książki (nie polecam czytania go) :(.

Podobnie jak w poprzedniej części, kreacje głównych bohaterów były bardzo dobre. Podobało mi się, że autor nie zrobił z głównych postaci „bohaterów bez skazy”. Will wciąż był bardzo sympatyczny. Oprócz zalet miał również wady, zdarzało mu się czasami popełniać błędy. Dobrze wykreowany został również Horace, podobnie jak Will nie był człowiekiem bez skazy i miał swój dość wyrazisty charakter.  Mimo wszystko pozostał mi obojętny. W przypadku obydwu chłopaków miał też miejsce sensowny rozwój postaci. W tej części trochę większy udział miał również Gilan, który także był nie najgorzej wykreowany, choć nie budził we mnie żadnych emocji. Problem przy czytaniu „Płonącego mostu” stanowił dla mnie bardzo mały udział w fabule Halta – mojego ulubionego bohatera.

W tej książce pojawiła się dwójka nowych ważnych dla serii postaci. Pierwszą z nich była Evanlyn. Myślę, że stanowiła bardzo dobrze skonstruowaną postać kobiecą. Była dość inteligentna i odważna, jednak autor nie próbował robić z niej jakiegoś rodzaju super-woman (co, mam wrażenie, jest dość częste we współczesnych młodzieżówkach i przeważnie wychodzi na niekorzyść postaci). Podobnie jak główni bohaterowie nie była wyidealizowana i budziła sympatię. Drugą nowowprowadzoną postacią był jarl Erak – przywódca jednego z oddziałów Skandian (wzorowanych na Wikingach). W tej części, w przeciwieństwie do kolejnych, nie odgrywał on jeszcze dużej roli, jednak zostały już częściowo zarysowane pewne cechy jego charakteru.

W „Płonącym Moście” nieco większy udział miał Morgarath. Niestety, według mnie, nie został on tak dobrze opisany jak bohaterowie pozytywni. Jak wspomniałam w poprzedniej recenzji, był on typowym okrutnym, mściwym i uosabiającym wszelkie zło czarnym charakterem. Ja wolę jednak antagonistów niejednoznacznych (a, jak wynika z jednej z kolejnych części, takich też Flanagan potrafi tworzyć). Oczywiście, po części winę za takie przedstawienie czarnego charakteru ponosił prawdopodobnie fakt, że cała seria skierowana została raczej do młodszych czytelników.

W tej książce część akcji rozgrywała się poza Araluenem – w Celtii. Autor umożliwił również poznanie jeszcze jednej zamieszkującej jego świat nacji – Skandian. Przedstawione przez autora kraje miały swoje odmienne kultury i ogólnie były nieźle opisane. Jak pisałam w poprzedniej recenzji, pewien problem stanowiło dla mnie tylko to, że kreacja świata była w gruncie rzeczy mało ambitna – całość stanowiła lekko zmienioną kopię średniowiecznej Europy.

Narracja w tej części również była trzecioosobowa. Książka została napisana bardzo prostym językiem, co po części stanowiło wadę, ale jednocześnie czyniło czytanie prostym i przyjemnym. Poza tym, nadal podobał mi się pojawiający się w niej humor.

Ta książka miała pewne przesłanie, znowu skierowane głównie do młodszych czytelników. Wydawało mi się jednak, że pod tym względem było tu nieco gorzej niż w poprzedniej części. Książka promowała takie wartości jak odwaga i przyjaźń, nic nowatorskiego, za to lekkie popadanie w banał. Oczywiście jest to (odrobinę może przeintelektualizowane ;) ) spojrzenie z perspektywy czytelnika nieco starszego niż grupa docelowa serii.

 „Płonący Most” podobnie jak „Ruiny Gorlanu” był lekką, prostą lekturą. Mimo to przez większość czasu czytanie go raczej mnie męczyło. Szczególnie duży problem stanowił dla nie niewielki udział mojego ulubionego bohatera. Negatywne wrażenia zrekompensowały mi dopiero bardzo dobre opisy bitwy i pojedynku. Oceniam ja jako niezłą, jednak znacznie słabszą od pozostałych. Polecam ją głównie dlatego, że bez przeczytania jej ciężko byłoby zrozumieć kolejne części.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"