"Marionetki" - Wstęp i prolog

    Od dawna nic tutaj nie publikowałam (po części z powodu braku czasu, po części - ochoty), ale wracam. Tym razem z kolejnym fanfikiem mojego autorstwa. Już sam tytuł sugeruje prawdopodobnie do jakiego dzieła zdecydowałam się nawiązać. Tak, jest to "Lalka" Bolesława Prusa.
    
Fanfik zaczęłam pisać już kilka miesięcy temu, jednak w związku z innymi projektami przerwałam w połowie pierwszego rozdziału. Ponieważ jednak mam zarówno plan na historię (czy ma ona sens to już inna sprawa ;) ), jak i niegasnącą chęć napisania jej, zdecydowałam się kontynuować.
    Muszę przyznać, że obawiałam się trochę publikowania "Marionetek". Jestem całkowicie świadoma, jak daleko jest mojej twórczości do niemal arcydzieła (w mojej opinii), jakim jest "Lalka". Jednak skoro już zabrałam się do tworzenia, stwierdziłam, że miło byłoby gdyby ktokolwiek mógł zapoznać się z moim tworem.
    W związku z tym dzisiaj publikuję prolog. Kolejne rozdziały będą pojawiać się... cóż, nieregularnie - w zależności od tego ile będę miała czasu i ochoty na pisanie. Postaram się jednak publikować nie rzadziej niż jeden rozdział miesięcznie (przywykłam już do takiej formy).
    Co więcej mogę napisać, zapraszam do lektury. Jak zwykle, wszelkie uwagi (krytyczne też) będą mile widziane :).


Prolog

Manchester, maj 1888

Wysoki, niemłody już mężczyzna po raz kolejny spojrzał na wypisane w dokumentach imię -„Fortee Enfour”. Nosił je już od kilku miesięcy, jednak wciąż trudno było mu się do niego przyzwyczaić. Czuł, że było zbyt oczywistym, prostym do wykrycia fałszem. Teraz jednak nie miało to już dla niego żadnego znaczenia. Enfour był pewien, że jest już o krok od zburzenia całego porządku świata.
    By tego dokonać wiele razy musiał jednak pozorować swoją śmierć i przybierać nowe nazwisko. Krążył z miejsca na miejsce, wciąż pracując nad dziełem swego życia. Pilnie strzegł swoich sekretów. Raz tylko był nie dość ostrożny. Na początku, gdy wierzył jeszcze, że ludziom można ufać. Swoją naiwność przypłacił doświadczeniem najgorszej zdrady – zadanej przez mentora. Zaufał profesorowi Geistowi, wtajemniczył go w swe najgłębsze sekrety, po to tylko by ten mógł zacząć głosić jego pomysły jako swoje i na własną rękę prowadzić badania, do których prawo miał wyłącznie Enfour.
    Jednak teraz Geist nie żył. Minęło już siedem lat, odkąd Francję obiegła wieść o wybuchu, w którym doszczętnie zniszczona została jego posiadłość. Dziennikarze byli zgodni – szaleńcowi, jak nazywali doktora, wreszcie skończyło się szczęście. Wybuch bez wątpienia był efektem nieudanego eksperymentu. Bardziej dociekliwi, próbowali dopytywać samego Geista, który przeżył wypadek, choć z ciężkimi obrażeniami. Doktor każdego odprawiał jednak z półsłówkami. Wielu twierdziło zresztą, że wskutek odniesionych ran Geist oszalał do reszty. Nie było to niemożliwe, doznał ciężkich obrażeń. Nawet najlepsi lekarze, na których pieniądze wpłynęły z nikomu bliżej nieznanego źródła, nie byli w stanie nic na nie poradzić. Geist zmarł niecałe dwa tygodnie po wybuchu. Gazety, w tamtym czasie pozbawione ciekawszych tematów, dość szeroko rozpisywały się na ten temat. Enfour, akurat przebywający wtedy we Francji, śledził te wieści z niemalejącym zainteresowaniem. Nie mógł powiedzieć, że żałował, kiedy Geist nareszcie zmarł. Nie wątpił, że doktor zabrał ze sobą do grobu ich tajemnicę. Od tej chwili tylko Enfour znał sposób na przezwyciężenie ciężaru gatunkowego. 
    Jego rozmyślania przerwało nagłe otwarcie się drzwi gabinetu. Stanęła w nich służąca – niebrzydka, młoda kobieta. Jak sądził Enfour, zbyt głupia, by zrozumieć cokolwiek z tego co działo się na terenie posiadłości.
    - Jakiś mężczyzna przyszedł do pana – powiedziała cicho.
    - Wyproś go – odparł Enfour, tonem jasno sugerującym, że kobieta ma zostawić go w spokoju.
    Służąca dygnęła i opuściła pomieszczenie. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, Enfour znowu pogrążył się w rozmyślaniu. Wspominał jak wiele razy musiał porzucać swoje kolejne życia dla wielkiego przedsięwzięcia, którego się podjął. Przestał już liczyć z jak wielu krajów dotąd uciekł, ile nazwisk nosił. Teraz jednak cały jego trud miał przynieść skutek. Enfour nareszcie dokonał ostatecznego przełomu. Stworzył technologię, której ludzkości od tak dawna brakowało. Dzięki niej nadejść miała nowa era. Era maszyn latających. W niej wszystko, co dotąd się liczyło miało stracić znaczenie. Po latach eksperymentów, Enfourowi udało się opracować procedurę wytwarzania metali lżejszych od powietrza. Teraz pozostawało mu tylko stworzyć maszynę, która wyniesie ludzkość nad ziemię.
    Jednak nie to było jego największą obsesją. Wynalazek miał być jedynie środkiem do realizacji wyższego celu, do którego Enfour dążył odkąd pamiętał. Pragnął by w świecie, który miał się narodzić, prym wiódł naród Polski, tak długo uciskany i tłamszony przez zaborców. Kolejne pokolenia przelewały za niego krew. Każde powstanie upadało, niosąc za sobą tylko jeszcze większy ucisk. Nie ocalił go nawet ród Bonapartych, w którym tak wielu pokładało wiarę. Każda kolejna próba walki skazana była na porażkę. Enfour wymyślił jednak sposób by to zmienić – wystarczyło zniszczyć dotychczasowy porządek świata, a na jego gruzach odbudować wolną i potężną Polskę. Właśnie w oparciu o to wybrał swoją kolejną tożsamość. „Wkrótce światło dzienne ujrzy maszyna, która odmieni losy świata” pomyślał, nie pamiętał już który raz „ A imię jej twórcy będzie brzmiało Czterdzieści i Cztery. Czyż nie jest to piękne?”
    Nagle zza drzwi gabinetu dało się słyszeć zamieszanie. Wyrwany z rozmyślań Enfour z irytacją podniósł się z krzesła. Zanim jednak zdążył zrobić cokolwiek więcej, drzwi gwałtownie się otworzyły.

    Stanął w nich wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna, odziany w elegancki surdut i biały cylinder. Z jego surowej twarzy trudno było odczytać wiek, jednak posiwiałe, choć wciąż gęste i elegancko przystrzyżone włosy i broda słusznie sugerowały, że wiele w życiu przeszedł.  
    Mężczyzna bezceremonialnie wszedł do gabinetu, przepchnąwszy się obok służącej, która z bezradnym wyrazem twarzy usunęła się na korytarz. Enfour rozważył sięgnięcie po trzymany pod biurkiem rewolwer, jednak coś w postawie i zimnym spojrzeniu nieznajomego nie pozwoliło mu się poruszyć. Mężczyzna zatrzymał się na środku pokoju. 
    - To pan jest Fortee Enfour – stwierdził, po polsku, nieznoszącym sprzeciwu głosem.
    Enfour zamrugał, zdawszy sobie sprawę, od jak dawna nie słyszał ojczystej mowy. Prawdę powiedziawszy jednak, nie chciał jej słyszeć z ust tego przerażającego nieznajomego. To niechybnie oznaczało, że został zdemaskowany. Raz jeszcze przyjrzał się mężczyźnie. „Z pewnością nie jest stróżem prawa. Na rewolucjonistę też nie wygląda. Kim więc jest? Czego chce?” pomyślał. W końcu zdobył się na odpowiedź:
    - Tak, to ja. Z kim mam przyjemność?
    - To nie pański interes. Może mnie pan nazwać Konradem – odparł nieznajomy,  z brakiem uprzejmości typowym dla ludzi zbyt doświadczonych by przejmować się opinią społeczeństwa.
    
„Konrad… też z Mickiewicza?” pomyślał Enfour, na głos zaś zapytał:
    
- W jakim interesie pan przyszedł?
    
- Wiem kim pan jest… i nad czym pracuje – odpowiedział tamten.
    
Słysząc to Enfour zadrżał. „Czy to możliwe, że teraz, gdy jestem tak blisko osiągnięcia celu, ktoś… ten ponury, przerażający „Konrad”… wszystko mi odbierze? Byłem nie dość ostrożny. Teraz przypłacę to wszystkim” Myślał, powoli pozbywając się wszelkich złudzeń.
    
- Zamierza mnie pan zabić? – zapytał wypranym z emocji głosem.
    - Nie, zamierzam zaoferować panu współpracę... panie Stawski.

                                                                                                                                                            Rozdział 1

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)