Źli superbohaterowie - Brandon Sanderson "Stalowe Serce"

Publikuję nieco nowszą recenzję. Dotyczy ona „Stalowego Serca” („Steelheart”) – pierwszej części trylogii „Mściciele” autorstwa Brandona Sandersona. Pierwszy raz zapoznałam się z tą książką cztery lata temu. Było wtedy coś koło drugiej w nocy, praktycznie zasypiałam na siedząco, ale postanowiłam przeczytać jeszcze parę pierwszych zdań nowo nabytego e-booka... jakąś godzinę później z wielkim trudem oderwałam się od lektury. Jak nietrudno się domyślić, cała książka (podobnie jak kolejne dwie części) niesamowicie mi się podobała. Ostatnio postanowiłam przeczytać całą twórczość Sandersona ponownie, w języku angielskim. Na pierwszy ogień poszli „Mściciele”. Kiedy po raz drugi zabierałam się za „Stalowe Serce”, zastanawiałam się, czy lektura będzie dla mnie równie fascynująca jak poprzednio. Jak się okazało, mimo że znałam już fabułę, książkę czytało mi się tak samo świetnie. Zapraszam do recenzji:

FABUŁA / ZWROTY AKCJI 9/10

BOHATEROWIE 8/10

KREACJA ŚWIATA / POMYSŁ 9/10

NARRACJA / STYL /HUMOR 8/10

MORAŁ / PRZESŁANIE / PROBLEMATYKA7/10

KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 9/10

 

PODSUMOWUJĄC 8/10

 Akcja „Stalowego Serca” rozgrywa się w niedalekiej przyszłości. Dwanaście lat wcześniej na niebie nagle pojawił się tajemniczy czerwony obiekt, nazwany później Calamity. Tuż po tym wydarzeniu niektórzy ludzie zaczęli zyskiwać różnorodne, najczęściej całkowicie sprzeczne z prawami fizyki, moce. Uczyniły ich one kimś na wzór superbohaterów. Ludzie nazwali ich Epikami. Pojawił się jednak problem – każdy człowiek, który otrzymywał moce, stawał się wskutek tego mściwy, okrutny, bezwzględny i najczęściej żądny władzy. Epicy szybko obalili dotychczasowy porządek świata. Teren USA (gdzie rozgrywa się akcja prawie całej trylogii) podzielił się na wiele rządzonych przez najpotężniejszych z nich obszarów. Zwykli ludzie wydają się nie mieć szans – część z nich podporządkowuje się Epikom, inni ukrywają się na pustkowiach i próbują nie zwracać na siebie uwagi. Są też jednak tacy, którzy decydują się podjąć nierówną walkę. Należą do nich tytułowi Mściciele (oryg.: Reckoners). Są tajemniczą grupą, organizująca zamachy na Epików. Pewną pomoc dla nich stanowi fakt, że każdy z obdarzonych mocami ma jakąś słabość – czynnik, z którym zetknięcie chwilowo niweluje nadnaturalne zdolności.

Główny bohater serii – David Charleston – chce dołączyć do Mścicieli. Dziesięć lat wcześniej był świadkiem śmierci swojego ojca. Mężczyznę zabił władający Newcago (dawnym Chicago) Stalowe Serce. Jest to potężny Epik, do którego mocy należy przemienianie w stal dowolnej materii nieożywionej, niezwykła siła, latanie, a co najważniejsze – pełna ochrona przed dowolnymi zranieniami. Wydaje się niepokonany. Jednakże, gdy zginął ojciec Davida, chłopak widział jak Stalowe Serce krwawi. To z kolei oznacza, że w tamtej chwili aktywowana została słabość Epika. David jest pewien, że uda mu się odkryć co dokładnie nią było. Dziesięć lat, które minęły od tamtego dnia chłopak poświęcił na zdobywanie wszelkiej możliwej wiedzy o Epikach, co teraz  zamierza wykorzystać by dołączyć do Mścicieli i skłonić ich do obrania za cel Stalowego Serca. Liczy, że we współpracy z nimi uda mu się pomścić śmierć ojca.

Ta książka pełna była akcji, jednak nie sprawiała wrażenia przesytu wydarzeń. Jej fabuła została przemyślana i dobrze wyważona, dzięki czemu  jednocześnie trzymała w napięciu i nie męczyła. Jak zwykle u Sandersona, w książce pojawiło się wiele zwrotów akcji i tajemnic. Pamiętam, że kiedy czytałam ją po raz pierwszy, część z nich udało mi się przewidzieć jednak inne naprawdę mnie zaskoczyły. Teraz, mimo że wiedziałam jak wszystko się potoczy, nie byłam ani trochę mniej zainteresowana. Autor w całej książce pozostawił wiele tropów zapowiadających dalsze wydarzenia. Niektóre były dość oczywiste, ale oprócz tego znalazło się kilka znacznie bardziej subtelnych. Naprawdę podobała mi się możliwość odkrywania ich w trakcie ponownego czytania. Właśnie za zabieg umieszczania w książkach takich – dobrych ale nie rzucających się w oczy – wskazówek uwielbiam książki Sandersona. W „Stalowym sercu” pojawił się również wątek romantyczny, który na szczęście został jednak dobrze skonstruowany. Był nieprzesłodzony i całkiem wiarygodny, pasował do zaangażowanych w niego postaci.  Nie wybijał się też na pierwszy plan i nie przysłaniał głównej linii fabularnej, w związku z czym nawet osobom, którym nie przypadnie do gustu nie powinien bardzo przeszkadzać. Jeśli chodzi o mnie, kiedy czytałam tę książkę po raz pierwszy, nie irytował mnie (co w przypadku takich wątków jest już pewnym osiągnięciem), a tym razem wręcz mi się podobał.

Kolejną zaletą „Stalowego Serca” byli bohaterowie. Choć nie aż tak rozbudowani jak w innych książkach Sandersona, i tak wielowymiarowi i wiarygodni. Bardzo doceniałam kreację głównego bohatera i zarazem narratora. David był typem zdeterminowanego by osiągnąć swój cel nastolatka z trudną przeszłością. Wykazywał się też odwagą i impulsywnością, czasami działał zbyt pochopnie, jednak nie brakowało mu inteligencji i dużej wiedzy w pewnych dziedzinach. Choć ten typ postaci jest dość często spotykany w dystopijnych powieściach Young Adult, w trakcie lektury nie miałam poczucia, że po raz kolejny czytam o tym samym bohaterze, ze zmienionymi  danymi osobowymi. David miał swoje dobrze przedstawione cechy, zainteresowania i dziwactwa. Jego charakter był spójny i wiarygodny, zarówno mocne jak i słabe strony zostały w książce dość sensownie ukazane. Po przeczytaniu kilku innych recenzji, mam wrażenie, że jestem w mniejszości, ale naprawdę polubiłam głównego bohatera i uważam, że był dobrze skonstruowaną postacią. O ile zwykle protagoniści są mi obojętni (albo wręcz ich nie cierpię), tak David budził we mnie dużą sympatię i naprawdę mu kibicowałam.

Pozostałe postaci dostały w fabule znacznie mniej miejsca, jednak mimo to większość z nich była barwna i dobrze skonstruowana. Chociaż część z nich sprawiała czasami wrażenie „bohaterów jednej cechy”, koniec końców wypadały wiarygodnie i dało się je polubić. Moimi faworytami byli Profesor – charyzmatyczny i tajemniczy przywódca Mścicieli, zdeterminowany by zwalczać Epików – oraz Cody – kolejny członek oddziału, uważający się za Szkota i demonstrujący to w każdym możliwym momencie (nawet mogłabym się z nim utożsamiać, mniej więcej tak samo okazuję moją anglofilię ;) ), mający też jednak ciekawe historię i motywacje. Interesującą bohaterką była również Megan – silna, odważna i piękna (przynajmniej według Davida) dziewczyna, która jednak miała też pewne problemy i ostatecznie okazała się  dość niejednoznaczna. Innymi ważnymi postaciami byli pozostali Mściciele: Abraham – specjalista od broni, wciąż wierzący, że kiedyś przybędą dobrzy Epicy; oraz Tia – zajmująca się pozyskiwaniem informacji i nadzorująca akcje.

Antagoniści również zostali  wykreowani dość interesująco, choć większości z nich autor nie poświęcił wiele miejsca w fabule. Najważniejszym z czarnych charakterów był Stalowe Serce – teoretycznie niemożliwy do pokonania bezwzględny tyran, któremu jednak, w całym panującym na świecie chaosie, udało się stworzyć zorganizowane i działające miasto. Trochę mniejsze znaczenie mieli: Władca Ciemności (Nightwielder) – którego moc pozwalała na utrzymywanie w Newcago wiecznego mroku; Conflux – Epik, którego praktycznie nikt nigdy nie widział, zarządzający wojskiem i zapewniający nieprzerwany dostęp do elektryczności; oraz Pożar (Firefight) – tajemniczy i potężny, władający ogniem podwładny Stalowego Serca. Większość antagonistów była dość jednoznaczna (choć było to uzasadnione, biorąc pod uwagę założenia kreacji świata), jednak mimo to dobrze skonstruowana i interesująca. 

Bardzo podobał mi się pomysł na tę serię. Choć autor wykorzystał dość popularny motyw  ludzi obdarzonych nadnaturalnymi mocami, zrobił to w interesujący i oryginalny sposób. W „Mscicielach”, choć superbohaterowie istnieli, byli niemal całkowicie źli, powstrzymywać ich próbowali za to zwykli (powiedzmy) ludzie. Pewną zaletą było  też dla mnie to, że autor nie próbował na siłę tłumaczyć naukowo mocy Epików, a wręcz otwarcie założył, że nie mają być one zgodne z prawami fizyki. Pozwalało to na uniknięcie bezsensownych i średnio logicznych tłumaczeń, dlaczego pewne rzeczy działały. Mogłoby się to wydawać pójściem na łatwiznę, jednak było interesujące, dość oryginalne i pozwalało na umieszczenie w książce wielu ciekawych elementów. Moce Epików były różnorodne, pojawiło się kilka dość klasycznych (tworzenie iluzji, niemożliwość zranienia, latanie) jak i parę bardziej nietypowych. Równie interesujący był też pomysł obdarzenia tutejszych superbohaterów słabościami. Ta część pozostawiła wiele niedomówień związanych z mocami Epików, jednak już w niej dało się zauważyć, że pomysł na nie był spójny i przemyślany.

Jeśli chodzi o miejsce akcji tej części – Newcago – bardzo podobał mi się pomysł na nie. Po przejęciu władzy, Stalowe Serce przemienił całą materię nieożywioną Chicago w stal (włączając w to wody jeziora Michigan). W trakcie akcji książki miasto składało się z położonych na powierzchni metalowych budowli, ale również z kilkupoziomowej sieci tuneli, wydrążonych na polecenie Stalowego Serca. Dzięki mocy Władcy Ciemności, do Newcago nie docierało także światło słońca.  Wszystko to nadawało miastu niesamowity klimat, który pasował do całego pomysłu na książkę i bardzo przypadł mi do gustu. W trakcie lektury można dowiedzieć się trochę o sposobie sprawowania władzy wprowadzonym przez Stalowe Serce. Zasadniczo niewiele różnił się on od typowych dystopijnych systemów totalitarnych, jednak był dostosowany do warunków panujących w wykreowanym świecie. W całej książce nie było wiele o geopolityce, jednak pojawiające się w niej drobne informacje, dotyczące chociażby różnorodnych reakcji ludzi na nadejście Calamity, czyniły wszystko dość wiarygodnym i dawały wrażenie, że akcja została osadzona w szerszym kontekście. Nieco brakowało mi tylko informacji dotyczących tego, jak wyglądała sytuacja poza USA (w kolejnych książkach pojawiły się o tym niewielkie wzmianki). Było to jednak uzasadnione, biorąc pod uwagę to, że akcja skupiała się na kwestiach raczej lokalnych.

Jak wspomniałam, narratorem w „Stalowym Sercu” był David. Sposób w jaki prezentowane były wydarzenia został dostosowany do mentalności bohatera i stanowił dobre uzupełnienie jego charakterystyki.  Język jakim książka został napisana  bardzo mi się podobał. Był lekki i przyjemny, ale jednocześnie nie przesadnie uproszczony. Dużą zaletę stanowiły plastyczne opisy, szczególnie w scenach akcji. Podobało mi się również dostosowywanie języka do sytuacji świata (chociażby funkcjonowanie słowa „Calamity” jako najpopularniejszego wykrzyknienia). To były drobne szczegóły, ale zdecydowanie czyniły książkę bardziej wiarygodną. Zawarte w niej poczucie humoru również bardzo do mnie przemawiało.

„Stalowe Serce” nie był wybitnie głęboką książką, jednak mimo wszystko dało się w nim dostrzec pewną warstwę przesłaniową. Książka poruszała chociażby kwestie bohaterstwa, walki o lepszy świat, a także wiary i nadziei. Dość epizodycznie, ale jednak, przedstawiała też dylemat: „Pozostawać w niekorzystnej ale stabilnej sytuacji, czy próbować zmian, ryzykując kompletną porażkę?”.

Przy drugim podejściu do „Stalowego Serca” ani trochę się nie rozczarowałam. Nadal uważam, że była to jedna z lepszych współczesnych młodzieżówek jakie czytałam. Miała wartką, przemyślaną akcję, wiarygodnych bohaterów, a pomysł na nią był bardzo interesujący. Ta książka dość oryginalnie podchodziła do kwestii superbohaterów. Jak na razie stanowi jedno z moich ulubionych dzieł na ten temat. Myślę, że „Stalowe Serce” pozytywnie wybijał się na tle obecnych powieści Young Adult. Oceniam tę książkę jako świetną, mocne osiem gwiazdek. Zdecydowanie polecam, szczególnie osobom, które lubią powieści z szybką akcją i ciekawymi rozwiązaniami. Swoją drogą, myślę, że byłaby ona doskonałym materiałem na film i żałuję, że (jak na razie) nie została zekranizowana :( .

 

WYDANIE 8/10

Ocena dotyczy brytyjskiego wydania „Stalowego Serca”, wydawnictwa Gollancz, z roku 2013. Okładka jest bardzo ładna i klimatyczna, dość porządna, choć nieco podatna na złamania. Wnętrze książki wydane jest dobrze, bez zbędnych udziwnień. Minimalnie przeszkadzać mogą jedynie nieco sztywne kartki (co zwiększa szanse na złamanie okładki i powoduje, że po przeczytaniu książka automatycznie się otwiera). To już są jednak mało znaczące szczegóły. Ogólnie wydanie jest świetne, a książka ładnie prezentuje się na półce.


Komentarze

  1. Czy to nie jest ten cykl gdzie autor strzela pierdyliardem światów? Nie jestem co do tego pewna, ale Sanderson brzmi znajomo i być może słyszałam o tej mnogości światów na Strefie Czytacza, ale nie mogę odnaleźć filmu by się upewnić. Ogólnie chodziło o to, że trudno ogarnąć fabułę, bo jakiś tom ma powiązania z kilkoma innymi, a te inne wymagają zrozumienia kilku innych cykli. Nie wiem dokładnie.

    Ogólnie nie rajcują mnie tematy superbohaterstwa, nie oglądam Marvela i tych podobnych. Dla mnie to po prostu takie: meh... Jakoś nie. Choć aktualnie czytam "Vicious" Schwab i na razie jest całkiem spoko.

    A co do książek z ładnymi okładkami, to tylko takie łykam :)
    Nawet nie sięgam, gdy oprawa jest beznadziejna, chyba, że przekonają mnie recenzje i opinie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie Sanderson tworzy kilka serii umieszczonych w jednym uniwersum - Cosmere - jednak "Mściciele" sie do nich nie zaliczają. Są całkowicie odrebną serią. Jeśli zaś chodzi o Cosmere, nie powiedziałabym, że nie da się zrozumieć poszczególnych książek bez znajomości innych (nie licząc oczywiście poprzednich części danej serii, ale to jest raczej normalne), a wzajemne nawiązania funkcjonują w większym stopniu jako ciekawe "smaczki" i szczegóły, które można powiązać w rozgrywającą się w tle większą historię, niż elementy konieczne do rozumienia fabuł.

      Również niedawno czytałam "Vicious" i w pewnym stopniu przypominało mi "Mścicieli" (chociaż ta druga seria podobała mi się znacznie bardziej). Jednak trylogia Sandersona jest trochę bardziej podobna do typowych historii o superbohaterach niż "Vicious".

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Książki i Barcelona - ogólna opinia o serii "Cmentarz Zapomnianych Książek"

Czy blog jest martwy? Pożegnanie (?)

Irytujący anioł - Carlos Ruiz Zafón "Gra Anioła"