Dobrzy Epicy - Brandon Sanderson "Calamity"
Dodaję recenzję trzeciej i zarazem ostatniej części „Mścicieli”, zatytułowanej „Calamity”. Podobnie jak dwie poprzednie książki, po raz pierwszy przeczytałam ją kilka lat temu. Ostatnio zabrałam się za nią ponownie, tym razem w oryginale. Wcześniej ta część była moją ulubioną. Tym razem jednak, z jakiegoś powodu czytało mi się ją nieco gorzej, choć teoretycznie nie dostrzegłam w niej większych wad. Być może była to po prostu czysto subiektywna kwestia zmęczenia i złego nastroju. Tak czy inaczej, choć przy drugim podejściu „Calamity” wywarło na mnie nieco gorsze wrażenie niż wcześniej, wciąż bardzo mi się podobało i trzymało poziom poprzednich części. Zapraszam do recenzji (zawiera duże spoilery dotyczące „Stalowego Serca” i „Pożaru”):
FABUŁA / ZWROTY AKCJI 9/10
BOHATEROWIE 8/10
KREACJA ŚWIATA / POMYSŁ 9/10
NARRACJA / STYL / HUMOR 8/10
MORAŁ / PRZESŁANIE / PROBLEMATYKA 8/10
KLIMAT / SUBIEKTYWNE ODCZUCIA 8/10
PODSUMOWUJĄC 8/10
Akcja „Calamity” rozgrywa się niedługo po wydarzeniach poprzedniej części. Plan Regalii się powiódł, Profesor utracił kontrolę i zaakceptował swoje moce, jednocześnie stając się takim samym jak pozostali Epicy – okrutnym i skrajnie egocentrycznym. Następnie wymordował większość Mścicieli. Przy życiu pozostali jedynie David, Abraham, Cody i Mizzy, nie wiadomo również co stało się z Tią. Ocalałym towarzyszy Megan, która, dzięki stawieniu czoła swojej słabości, zdołała zyskać kontrolę nad mocami i zdolność do skutecznego stawiania czoła ich mrocznej stronie. Wydaje się, że to koniec Mścicieli. Bohaterowie mają jednakże jeden atut – wiedzą już, że Epicy mogą stać się dobrymi, a także jak można do tego doprowadzić. W związku z tym decydują się podjąć desperacką próbę ocalenia Profesora, poprzez zmuszenie go do stawienia czoła jego słabości. Do tego potrzebują jednak technologii, a jedynym sposobem na ich uzyskanie wydaje się szturm na doskonale bronioną siedzibę Knighthawk Foundry.
Ta część znowu pełna była akcji, a wiele fragmentów trzymało w napięciu. Pojawiło się wiele bardzo ciekawych rozwiązań i oczywiście kilka zaskoczeń. Jak zwykle u Sandersona, praktycznie wszystkie zwroty akcji były odpowiednio zapowiedziane. Tym razem czytając zarówno tę część jak i poprzednie byłam w stanie zauważyć subtelne wskazówki do nich prowadzące. W „Calamity” pojawiło się również kilka bardziej pobocznych wątków, które przypadły mi do gustu. Szczególnie interesująca okazała rozbudowana w tej części się kwestia mocy Megan i związanych z nimi alternatywnych rzeczywistości. Co ciekawe, nadal podobał mi się również wątek romantyczny. Pozostał on dobrze i dość wiarygodnie napisany, wciąż nie wybijając się na pierwszy plan. „Calamity” dobrze sprawdziła się też jako zakończenie serii. Większość ważnych wątków została odpowiednio domknięta, choć jednocześnie pozostało kilka niedopowiedzeń, pozwalających na domysły i mogących stanowić ewentualna furtkę do kontynuacji (chociaż z tego co wiem nie wygląda na by miała ona powstać). Myślę, ze samo zakończenie książki było dobrze napisane i nawet zdołało mnie wzruszyć.
Jak w przypadku poprzednich części, dużą zaletę „Calamity” stanowili świetnie napisani i interesujący bohaterowie. Najważniejszym z nich pozostał David. Choć znacznie zmienił się w stosunku do tego, jaki był w „Stalowym Sercu”, nadal budził we mnie dużą sympatię. Sam jego rozwój również został opisany interesująco i wiarygodnie. Dość znaczącą rolę odegrało również kilkoro pozostałych bohaterów poznanych w poprzednich częściach – przede wszystkim Megan, Abraham, Cody (z jego udziału szczególnie się cieszyłam), Mizzy, Tia, Profesor oraz Usunięty. Oni również pozostali ciekawymi i wiarygodnymi postaciami. O części z nich pojawiło się trochę nowych informacji, które dodatkowo rozbudowały ich charaktery.
W tej części znalazło się również miejsce dla innych bohaterów. Jednym z najbardziej interesujących okazał się Knighthawk - wynalazca, właściciel Knighthawk Foundry i dawny współpracownik Profesora. Był postacią dość niejednoznaczną, miał ciekawe przeszłość i motywacje, a ponadto był sarkastyczny. Wszystko to spowodowało, że niemal od razu stał się moim ulubionym bohaterem. Był trochę zbyt podobny do Ashweathera Cetta z pierwszej trylogii „Z Mgły Zrodzonego” (innej serii autorstwa Brandona Sandersona), co można uznać za wadę, jednak, przynajmniej dla mnie, nie stanowiło to dużej przeszkody w odbiorze tego bohatera. Drugą ważną nowowprowadzoną postać stanowił Zawłaszczacz (Larcener). Kiedy czytałam te książkę po raz pierwszy był on moim ulubionym bohaterem. Tym razem z jakiegoś powodu nieco mnie irytował. Był jednak postacią bardzo dobrze napisaną i niewątpliwie interesującą. Jego cechy oraz motywacje, choć momentami denerwujące, zostały wykreowane wiarygodne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę jego przeszłość. Oprócz powyższej dwójki pojawiło się też kilka innych, mniej ważnych postaci, wśród których wiele było ciekawych i sympatycznych.
„Calimity” bardzo dobrze przedstawiała też relacje miedzy bohaterami. Obok wspomnianego już przez mnie uczucia miedzy Davidem i Megan, tutaj pewna rolę odegrała też relacja głównego bohatera i jego ojca. Kilkukrotnie przytoczone zostały wspomnienia z dzieciństwa protagonisty, dość dobrze ją prezentujące. Została ona świetnie opisana i zdecydowanie przypadła mi do gustu.
Jak zwykle w książkach Sandersona, na pochwałę zasługiwała kreacja miejsca akcji. W tej części była to Ildithia – dawna Atlanta. Została w całości zbudowana z soli, regularnie narastającej z jednej a osypującej się z drugiej strony, co umożliwiało miastu przemieszczanie się. W przeciwieństwie do Newcago i Babilaru, w Ildithii nie rządził jeden Epik, a kilkoro, dzielących miedzy siebie strefy wpływów. Miasto zdecydowanie wykreowane było dobrze i oryginalnie. Jak w poprzednich częściach całkiem wiarygodnie oddane zostały również stosunki społeczne mieszkańców. Tutaj jednak opisy miasta były znacznie bardziej skąpe niż wcześniej. Wskutek tego odniosłam wrażenie, że Ildithii brakowało trochę klimatu. Na pewno przypadła mi ona do gustu znacznie mniej niż Newcago i Babilar.
Dużą zaletę „Calamity”, jeśli chodzi o kreację świata przedstawionego stanowił za to wątek Epików, ich mocy, a także opartych na nich technologii. Wszystkie trzy kwestie zostały tutaj dość interesująco rozwinięte. Pojawiło się wiele dość sensownych wyjaśnień, jednak nie wszystko zostało podane wprost. Autor pozostawił kilka niedopowiedzeń, mogących stanowić pole do domysłów dla czytelników.
Ta część, podobnie jak poprzednie, napisana została w narracji pierwszoosobowej, z perspektywy Davida. Styl nadal pasował do bohatera i dopełniał jego charakterystykę. Język, jakim książka została napisana był w miarę prosty ale plastyczny. Jak wcześniej podobało mi się również poczucie humoru w niej zawarte.
„Calamity” było książką przede wszystkim głównie rozrywkową, jednak podobnie jak „Pożar” poruszało kilka znaczących tematów. Kontynuowało chociażby temat walki z lękami i słabościami, jak również wiary.
„Calamity” było według mnie bardzo dobrym zwieńczeniem serii. Jego fabuła zaciekawiła mnie, a wszystkie ważne watki zostały domknięte. Znani z poprzednich części bohaterowie pozostali interesujący, a kilkoro nowowprowadzonych było równie dobrze wykreowanych. Ta książka wyjaśniła większość kwestii, pozostawiła też jednak pewne pole do domysłów. Choć tym razem nie wywarła na mnie tak pozytywnego wrażenia jak kiedy czytałam ją po raz pierwszy, nadal uznaję ją za bardzo dobrą i niewątpliwie wartą przeczytania. „Calamity” oceniam jako książkę świetną.
WYDANIE 8/10
Oceniam wydanie brytyjskie, z roku 2016, wydawnictwo Gollancz. Okładka, jak w przypadku poprzednich części, jest zarówno ładna jak i porządna. Kartki wykonane są z nieutrudniającego czytania papieru – nie są zbyt jasne, ani sztywne.

Komentarze
Prześlij komentarz